wilczy szaniec w środku

Wolfschanze 1944: The Final Attempt to projekt rodzimej firmy developerskiej, Calaris Studios (m.in. Mortyr czy The Mysterious Island). Gra należy do gatunku 10. Gierłoż - Wilczy Szaniec. Całe zamaskowane miasteczko w lesie: schrony, baraki, 2 lotniska, elektrownia, dworzec kolejowy, urządzenia klimatyzacyjne, wodociągi, ciepłownie, dwie centrale dalekopisowe… Tak wyglądała kwatera główna Adolfa Hitlera w mazurskiej Gierłoży. W sumie liczyła 200 budynków. W latach 1941-1944, Hitler spędził w sumie 850 dni w ogromnym, tajnym kompleksie. Wilczy szaniec opuścił 20 listopada 1944 r. udając się do Belina w czasie, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Gierłoży podczas ofensywy bałtyckiej. Po rozpoznaniu terenu w sierpniu 1940 r. Niemcy podjęli decyzję o budowie Wilczego Szańca. 2022-07-28 - Odkryj należącą do użytkownika agata d tablicę „Wilczy Szaniec” na Pintereście. Zobacz więcej pomysłów na temat wnętrza, projekty wnętrz biur, biuro bez okna. Pościel i ręczniki są zapewnione. Każdą opcję zakwaterowania w obiekcie wyposażono w czajnik, a niektóre opcje zakwaterowania mają balkon. Odległość ważnych miejsc od obiektu: Wilczy Szaniec – 48 km. Najbliższe lotnisko, Lotnisko Olsztyn-Mazury, znajduje się 47 km od obiektu Babie Lato. nonton alice in borderland season 2 episode 2 sub indo. „Wilczy Szaniec” to największa powstała kwatera polowa Hitlera. „Wolfschanze”, jak nosi w oryginale jej nazwa, wzięła się od pseudonimu Adolfa Hitlera jeszcze z lat 20. XX w. Nosił on wówczas ksywkę „Pan Wilk” i tak też nazwał swoje „wilcze” miasteczko zbudowane z betonowych bunkrów. Wilczy Szaniec to siedlisko najważniejszych decydentów III Rzeszy i zarazem mózg operacji wojskowych wymierzonych w ludzkość. To także miejsce, z którego Hitler postanowił kontrolować przebieg kampanii wojennej „Barbarossa” wymierzonej przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Po sukcesie we Francji Führer utwierdził się w przekonaniu, że będąc blisko frontu ma realny wpływ na podejmowane decyzje bitewne i swoją obecnością odstrasza wyższych oficerów przed wdrażaniem własnych koncepcji. Hitler pochodził z nizin społecznych, a w czasie Wielkiej Wojny był szeregowym żołnierzem frontowym, efektem czego był początkowo traktowany z „góry” jako wojskowy strateg. Dopiero kolejne sukcesy i zwycięstwa jego „niezwyciężonej” armii niemieckiej wywołały zachwyt nad osobą Hitlera jako naczelnego wodza sił zbrojnych III Rzeszy. Oczywiście trwało to tylko do pewnego momentu. Czas, w którym armia niemiecka zaczęła dostawać baty, przyniósł u niektórych wyższych oficerów zmiany w ich postrzeganiu dyktatora Rzeszy oraz refleksję nad zbrodniczą machiną stworzoną przez Niemców. Jedna z historii wewnętrznej opozycji antyhitlerowskiej miała miejsce właśnie w Wilczym Szańcu, o czym napiszemy w dalszej części materiału. Wilczy Szaniec Wnętrze pociągu Hitlera – „Amerika” Hitler chciał być blisko wschodniej linii frontu. Kampania „Barbarossa” zakładała atak na ZSRR. Führer przekonany o swoim dowódczym geniuszu pragnął zrealizować plan zapowiedziany w swojej książce „Mein Kampf”. Był to plan rozprawienia się z czerwoną Rosją. Miejsce pod „Wilczy Szaniec” zostało wytypowane nieprzypadkowo. Zaproponował je gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch, licząc na specjalne profity dla regionu. Miejscówkę wizytowali Fritz Todt oraz adiutant Hitlera Gerhard Engl. Po pierwsze podkętrzyńskie lasy w Gierłożu położone były blisko granicy ze Związkiem Radziecki. Po drugie był to obszar Prus Wschodnich, który obfitował w liczne jeziora i bujne, różnorodne lasy. Pozwalało to na dobre zamaskowanie projektu. Po trzecie obszar PW był mocno ufortyfikowany. Po czwarte mieszkało tu niewielu ludzi, co ułatwiało zachowanie w tajemnicy budowy. Po piąte przechodziła tutaj linia kolejowa i droga dojazdowa. Okolica wokół kwatery była bardzo trudno dostępna i ułatwiała ochronę jej mieszkańców. Mankamentem związanym z lokalizacją był fakt położenia w sąsiedztwie mokradeł z żabami i chmarą komarów, które bezlitośnie żarły i popijały krew nazistowskich lokatorów. W tym celu Niemcy nosili na głowach moskitiery chroniące ich przed latającymi natrętami. Jedna z historii opowiada o akcji osuszenia mokradeł i zalania ich ropą. Efektem operacji było wyniszczenie żab, które tak naprawdę pochłaniały spore ilości komarów. Hitler na wieść o tej sytuacji wpadł we wściekłość i zrugał mocno pomysłodawcę. Mokradła przywrócono do dawnej postaci, ale mieszkańcy „bunkrowego miasteczka” nadal byli nękani insektami. Wilczy Szaniec składał się z około 200 betonowych budowli. Hitler przybył do Wilczego Szańca 24 czerwca 1941 roku swoim pancernym pociągiem „AMERIKA”. Replika jego wagonu z salą narad oraz wagonu z działami do obrony przeciwlotniczej składu możecie obejrzeć w Pałacu Jedlinka w Jedlinie Zdroju na Dolnym Śląsku. Replika wagonu narad z pociągu Amerika – do zobaczenia przy Pałacu Jedlinka Replika wagonu narad z pociągu Amerika – do zobaczenia przy Pałacu Jedlinka W Wilczym Szańcu Hitler spędził ponad 800 dni. Każdego dnia towarzyszył mu jego pies – owczarek niemiecki o imieniu Blondi. To z nim Führer zaczynał każdy nowy dzień wychodząc na krótki spacer, bawiąc się w aportowanie. „Blodni” był najważniejszą postacią w życiu Hitlera i odgrywał wręcz terapeutyczną rolę dla jego słabego zdrowia psychicznego. Szukasz nowych opon na zimę w najlepszej cenie? Sprawdź tę ofertę! Odkrywamy Wilczy Szaniec Przed przyjazdem do Wilczego Szańca z dużym podekscytowaniem studiowaliśmy różnego rodzaju dostępne o nim materiały i czytaliśmy, że infrastruktura turystyczna przeszła pozytywną metamorfozę, którą mieliśmy okazję ocenić na miejscu. Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre. Na wjeździe do kompleksu ustawione są budki z biletami – system poboru opłat jak na autostradzie oraz mobilni bileterzy, którzy podchodzili do nadjeżdżających samochodów. Zakup biletów przebiegał bardzo szybko i sprawnie. Na terenie kompleksu znajduje się spory parking, strefa gastronomiczna oraz leśny kemping. Można też kupić różnorakie pamiątki związane z tym miejscem. Pierwszym miejscem, które widzimy tuż po opuszczeniu parkingu jest dawny budynek mieszkalny dla Służby Bezpieczeństwa Rzeszy i Gwardii Przybocznej Hitlera. Obecnie mieści się tu hotel oraz restauracja. Ciekawostką jest wizyta w jednym z pokoi Międzynarodowej Grupy Łowców Duchów. Podobnież pojawia się tutaj duch kobiety, prawdopodobnie zaginionej Polki. Wewnątrz bunkrów również prowadzono badanie przy użyciu specjalnego sprzętu i „wyczuwano” obecność duchów. Idąc dalej wchodzi się do lasu i spacer kontynuuje po ładnie wyłożonej ścieżce. Otoczenie jest zadbane i widać, że włożono sporo pracy w przygotowanie tego miejsca dla odwiedzających turystów. Od nas dajemy duży plus. Po kilkudziesięciu metrach dochodzimy do miejsca, które wpisało się na stałe w karty historii heroicznym wyczynem jednego z oficerów Hitlera. Tym miejscem jest gruzowisko po dawnym baraku narad a nazistowskim bohaterem 37-letni pułkownik hrabia Claus Schenk von Stauffenberg. Zasłużony na placu broni doszedł do pozycji szefa sztabu przy dowódcy wojsk zapasowych. Oznaczało to, że będzie brać udział w naradach sztabowych zwoływanych przez Adolfa Hitlera. Początkowo Stauffenberg był zachłyśnięty serią zwycięstw nazistowskiej maszyny wojennej, jednak będąc ciężko rannym podczas nalotu w trakcie afrykańskiej kampanii, dostrzega wcielone zło w swoim głównym mocodawcy i prowadzonych przez niego oraz jego podwładnych działaniach przeciwko ludzkości. Wciągnięty w krąg spiskowców postanowił działać w kierunku zamachu na życie Führera. Pułkownik hrabia Claus Schenk von Stauffenberg – Wikipedia Wilczy Szaniec – Stauffenberg stoi po lewej stronie – Wikipedia Hollywoodzką produkcją pokazującą przebieg zamachu oraz jego konsekwencje jest film „Walkiria” z Tomem Cruisem w roli głównej. Nadszedł ten dzień – 20 lipca 1944 roku Tyle pozostało po baraku narad, w którym eksplodowała bomba Ta sterta gruzu to pozostałości po dawnym drewnianym baraku, w którym 20 lipca ’44 roku odbyła się historyczna dziś narada zwołana przez Adolfa Hitlera. To w trakcie jej trwania doszło do eksplozji bomby podłożonej przez zamachowca pułkownika Stauffenberga. Zamach miał mieć 100% skuteczność, jednak nie zagrało kilka elementów… . Wilczy Szaniec – barak narad i miejsce wybuchu bomby Wilczy Szaniec – Stauffenberg stoi po lewej stronie – Wikipedia Wilczy Szaniec – odwzorowana sala narad Po pierwsze w upalny dzień narada została przeniesiona do baraku narad o drewnianej konstrukcji. Po drugie otwarto okna aby zapewnić trochę przewiewu. Po trzecie umieszczona teczka z bombą w bliskiej odległości od Hitlera (2,5-3m) została przesunięta przez generała Brandta za masywną dębową nogę stołu. Wódz Rzeszy nachylił się wówczas nad mapą rozłożoną na stole. Być może dzięki temu siła eksplozji ominęła bezpośrednio Führera i trafiła w inne cele. Wilczy Szaniec – Wolfsschanze – Barak narad, w którym doszło do zamachu na Hitlera Dzięki drewnianej konstrukcji i otwartym oknom siła wybuchu była zdecydowanie mniejsza i pozwoliła wyjść dyktatorowi z opresji niemal bez szwanku. Tego samego dnia Hitler witał osobiście na stacji kolejowej swojego sprzymierzeńca Benito Mussoliniego! Adolf Hitler wita sprzymierzeńca Benito Mussoliniego zdj. Narodowe Archiwum Cyfrowe Eksperci badający efekt wybuchu jednomyślnie stwierdzili, że gdyby detonacja bomby miała miejsce w betonowym bunkrze, wówczas nikt ze zgromadzonych osób nie miałby szans na przeżycie. Rekonstrukcja wyglądu baraku po wybuchu – Wikipedia Sala narad po wybuchu – Wikipedia Wilczy Szaniec Represje po zamachu były potężniejsze niż sam wybuch. Ekspresowe działania gestapowców i brak dyskrecji ze strony spiskowców pozwoliły na aresztowanie około 700 osób! Około 180 osób poniosło śmierć, część osób powieszono na hakach rzeźniczych i metalowych żyłkach. Represje dotknęły całe żyjące pokolenia puczystów. Egzekucje rejestrowano na taśmach filmowych i odtwarzano później mieszkańcom Wilczego Szańca. Bestialstwo nie uwzględniało żadnej taryfy ulgowej nawet dla prominentnych wyznawców hitleryzmu. Wilczy Szaniec Tuż za ruinami baraku narad znajduje się pomnik na cześć saperów, którzy rozminowywali teren wokół Wilczego Szańca. Wśród nich były niestety ofiary śmiertelne. Pod wpływem psychozy Hitlera tworzono bezpośrednio przy betonowym miasteczku połacie ziemi, w której w losowy sposób zakopywano miny. Rozminowywanie zajmowało sporo czasu i było bardzo niebezpieczne. Pomnik na cześć saperów rozminowujących obszar Wilczego Szańca Bunkier gościnny nr 6 Na rzut kamieniem z ruin baraku narad znajduje się bunkier nr 6. Był on przeznaczony dla gości Führera. Posiadał kilka komfortowych pokoi. Cały sprzęt jaki potrzebujesz do podróżowania – zobacz tę ofertę Wilczy Szaniec – pozostałości po bunkrze nr 6 Z boku bunkra znajduje się otwór wejściowy. Można wewnątrz przejść się kawałkiem pozostałości po korytarzu, jednak jest on stosunkowo wąski i trzeba uważać na wystające pręty uzbrojenia. Rekomendujemy nie wchodzenie do ruin, bo tak naprawdę nie ma żadnej pewności co do stabilności ułożenia betonowych pozostałości. Hitler lubił przyjmować licznych gości w sezonie zwycięstw jakie odnosiła jego armia. W miarę postępującej klęski wolał się odseparować i do Wilczego Szańca przyjeżdżali w zasadzie tylko przedstawiciele państw sprzymierzonych – osi. Wilczy Szaniec Obok bunkra dla gości wzniesiono budynek dla szefa ochrony osobistej Hitlera – gen. SS Hansa Rattenhubera. Dzielił on pomieszczenia z placówką pocztową. Wilczy Szaniec Jednym z problemów jak się okazało po czasie było przekazywanie i interpretowanie rozkazów wydawanych przez wodza Rzeszy. Częstą praktyką było wykonywanie rozkazu w sposób wygodny dla osoby realizującej go. Hitlera często to wściekało, dlatego też zbudowano obiekt dla służby stenograficznej. Podlegała ona bezpośrednio Martinowi Bormanowi. Wilczy Szaniec Obiekt nr 13 to główny cel dla większości turystów. Mowa o bunkrze Adolfa Hitlera. Bunkier Hitlera Bunkier pełnił poza funkcją biurową także mieszkalną. Pod „13” mieszkał Hitler i jego współpracownicy – sekretarki, ochrona, operatorzy centrali telefonicznej. Na dachu obiektu umieszczone były stanowiska przeciwlotnicze. Do bocznej ściany bunkra dobudowano domek z oknami. Służył on do pracy biurowej i był bezpośrednio połączony wejściem z bunkrem. Dłuższe przebywanie w betonowej konstrukcji bez światła dziennego i świeżego powietrza doprowadzało lokatorów do obłędu. Każdy mieszkaniec Wilczego Szańca jak tylko miał możliwość wyjścia na świeże powietrze to opuszczał swoje miejsce pracy – choćby tylko na chwilę. Wilczy Szaniec – Bunkier Hitlera Poniżej wejście do bunkra Hitlera. Poniżej wejście do bunkra Hitlera. Od drzwi poprowadzony jest wąski korytarz ze schodami. Na jego końcu widać rozgałęzienie na lewo lub prawo. Niestety ze względów bezpieczeństwa wejście do środka jest niemożliwe. Wilczy Szaniec wnętrze bunkra Hitlera Z prawej strony bunkra widzimy część jakiegoś obiektu. Nie wiadomo czy jest to element wchodzący w skład obiektu czy jakaś przybudówka. Obok bunkra nr 13 widoczna jest taka przybudówka Idąc dalej trafiamy na wielki kawał chyba ściany, którą podpierają różnej maści patyki ustawiane przez licznych turystów. Wilczy Szaniec Samochodem na – Czy ARADO ma coś wspólnego z UFO? Wilczy Szaniec Wilczy Szaniec Wilczy Szaniec Kolejnym celem naszej eksploracji Wilczego Szańca był bunkier marszałka lotnictwa III Rzeszy – grubawego Hermanna Göringa. Zachował się w całkiem dobrym stanie, nawet został udostępniony dla zwiedzających. Wilczy Szaniec Bunkier Hermanna Göringa w Wilczym Szańcu Przewrócona ściana z bunkra Göringa zawiera drabinkę, po której wchodziła na dach obsługa działa przeciwlotniczego. Przewrócona ściana z bunkra Göringa zawiera drabinkę, po której wchodziła na dach obsługa działa przeciwlotniczego. Kilka metrów od bunkra Göring nakazał wybudowanie dla siebie przestronnego domu. Będąc głównym myśliwym III Rzeszy często przebywał na polowaniach i lubował się w przepychu. Zobaczcie na krótkim nagraniu jak wyglądają teraz dawne salony marszałka Rzeszy: Dom Hermanna Göringa w Wilczym Szańcu W dawnych garażach urządzono wystawę poświęconą walczącym rodakom w Powstaniu Warszawskim. Miejsce nie przypadkowe, bo właśnie w Wilczym Szańcu zapadały decyzje dotyczące właśnie Powstania Warszawskiego. Wystawa poświęcona Powstaniu Warszawskiemu Wystawa jest bardzo ciekawie urządzona i oddaje część klimatu z warszawskich barykad ’44 roku. Po obejrzeniu wystawy kończymy zwiedzanie Wilczego Szańca i kierujemy się do pobliskiej restauracji. Pomimo wysadzenia większości obiektów, ich ruiny nadal robią ogromne wrażenie. Świadczą one o wielkości oraz skali rozmachu nazistowskiej machiny budowlanej. Wilczy Szaniec to tylko jeden z ich projektów, a było ich naprawdę sporo. Samych kwater budowanych dla wodza Rzeszy było aż 19!, wliczając w to pociąg pancerny „Amerika” (po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez USA, nazwę pociągu zmieniono na „Brandenburg”). Nie wszystkie obiekty zdołano ukończyć, ale sam fakt ich budowy świadczy o gigantomanii ich twórców. Pamiętajmy przy tym o niewolniczej pracy więźniów z niemieckich obozów zagłady. Oni ginęli w męczarniach, zagłodzeni, przemarznięci, bici i torturowani. O tym trzeba pamiętać. Polecamy artykuł o podziemnym mieście nazistów w Osówce: Samochodem na – Podziemny kompleks „Osówka” Kup moskitiery z rabatem od nas: Osłona przeciwsłoneczna Mosqover – GAMERA ( Bajka o socjalistycznej motoryzacji z nauką angielskiego Wszystko czego potrzebujesz do podróżowania! Sklep z oponami na zimę oraz lato Nasze unikatowe koszulki i nie tylko dla każdego! Ubezpieczenie w podróży Gdy Adolf Hitler zdobywał sobie uznanie i poparcie Niemców, niewielu było takich, którzy wierzyli w to, iż ten krzykacz z Monachium będzie kiedyś władał połową Europy. Mimo wszystko był on jednak zagrożeniem dla Niemiec. Dla innych jednak stał się wielką szansą – szansą na odzyskanie potęgi Rzeszy, powrót do tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego, którego główną częścią były niegdyś Niemcy. Jeszcze zanim rozpętała się II wojna światowa Adolf Hitler stał się celem zamachów zorganizowanych przez opozycjonistów. Brutalna rozprawa z legalnymi ugrupowaniami wyznającymi inne poglądy, a następnie prześladowania ludności żydowskiej i drastyczny program militaryzacji kraju przysporzyły przywódcy narodu niemieckiego wielu wrogów. Nie zdecydowali się oni wystąpić otwarcie, choć w tajemnicy organizowali się w prężnie działające ugrupowania. Spiskowcy niejednokrotnie nie wiedzieli, co właściwie chcą osiągnąć – czy ich celem miało być zabójstwo Hitlera, czy też usunięcie go od władzy? W późniejszych latach doszedł kolejny cel, o który warto było walczyć – zakończenie wojny trwającej od 1 września 1939 roku. Nas jednak ciekawi historia zamachu z 20 lipca 1944 roku, który niemalże doprowadził do śmierci führera. Zdarzenie to było idealnym przykładem na formowanie się organizacji spiskowej, jej działalności i wreszcie podjęcia próby tego, co miało doprowadzić do uratowania sytuacji narodu niemieckiego. W połowie lat trzydziestych Niemcy z zachwytem patrzyli na postępy Wehrmachtu, który stawał się największą europejską potęgą militarną, a przywódca narodu kreowany był na bohatera, który obalił niesprawiedliwe postanowienia Traktatu Wersalskiego. Nie wszyscy jednak dostrzegali to, co jednocześnie działo się w organizowanym na nowo państwie – Niemcy zalała fala terroru i represji, doszło do krwawej rozprawy z opozycją, a coraz agresywniejsze posunięcia mogły wkrótce doprowadzić do wielkiej wojny, w której niemieckim żołnierzom przyszłoby się zmierzyć z koalicją państw europejskich póki co dość niemrawo sprzeciwiających się ponownej militaryzacji Rzeszy. Mocarstwa zachodnie nie reagowały, jednak w chwili zagrożenia pewne było, iż utworzą zwarty blok antyfaszystowski. Dlatego też ci, którzy znajdowali się na nieco wyższych stanowiskach hitlerowskiego państwa i orientowali się w prawdziwych założeniach planów militarnych, zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Jak piszą Franciszek i Julitta Bernaś („Zamach na Hitlera”) już w 1938 roku przeciwko Hitlerowi występował blok byłych zwolenników reżimu. Wśród wymienionych znajdowali się Ludwig Beck, gen. Witzleben, Wilhelm Canaris, gen. Oster, Hjalmar Schacht, Karl Goerdeler, Hans Gisevius. W latach czterdziestych do tej grupy miał dołączyć jeszcze ktoś – jeden z najbardziej utalentowanych niemieckich sztabowców, płk Claus von Stauffenberg. Wróćmy jednak do wcześniej wymienionych. Podjęli oni bowiem działania mające na celu uzmysłowienie Brytyjczykom i Francuzom zagrożenia oraz uświadomienie im, iż w Niemczech działa potajemna opozycja. Póki co nie było ona doskonale zorganizowana, jej członkowie nie byli nawet jakoś szczególnie zaangażowani w działalność spiskową – ot, była to zbieranina ludzi, którzy nagle uświadomili sobie, że nie tędy prowadzi droga do potęgi Niemiec. Często przemawiała przez nich frustracja, gdyż stopniowo odsuwano ich na boczny tor, izolując od aktywnej działalności. Przyszli alianci jeszcze nie widzieli zagrożenia własnych interesów w ekspansji hitlerowców. Dali tego dowód w Monachium, podczas specjalnej konferencji, na której bez walki oddali Hitlerowi Czechosłowację. Dopiero po zaatakowaniu przez Niemców Polski 1 września 1939 roku zachodni politycy opamiętali się, rozpoczynając wojnę, którą z czasem nazwano II wojną światową. Mimo zapewnień Hitlera o niechęci do angażowania się w walki przeciwko państwom zachodnim, w Wielkiej Brytanii i Francji ruszyły przygotowania do konfliktu zbrojnego. Zaczęto też myśleć o nawiązaniu kontaktu z opozycją antyhitlerowską, która przecież dawała już o sobie znać. Prawdopodobnie Stewart Menzies, szef wywiadu angielskiego, miał świadomość tego, iż jego odpowiednik w Rzeszy sprzyja działalności brytyjskiej i francuskiej. Informacje na ten temat uzyskał w drugiej połowie lat trzydziestych za pośrednictwem kpt. Roberta Treecka, z którym spotkał się w Luckington w Wielkiej Brytanii. Początkowo Brytyjczycy nie interesowali się działalnością Wielhelma Canarisa, nie ufali bowiem szefowi Abwehry. Czemuż mieliby mu ufać? Słusznie postępowali, bojąc się podstępu – takie zagrania wywiadów były przecież na porządku dziennym. Na pewno zaufania Brytyjczyków nie zdobyła Niemcom sprawa z Venlo. 9 listopada 1939 roku dwaj oficerowie brytyjscy zostali porwani z tej holenderskiej miejscowości przez siły niemieckie. Mjr Stevens i kpt. Best prowadzili właśnie tajne negocjacje, rzekomo z grupą opozycjonistów niemieckich. Wszystko okazało się być podstępem zorganizowanym przez Waltera Schellenberga. Canaris działał jednak rozważnie, stopniowo zdobywając zaufanie za pośrednictwem ambasady w Rzymie oraz wciągając w tajne rokowania Watykan. W Szwajcarii kilkakrotnie spotykali się specjalni wysłannicy obu stron. Canarisa i innych opozycjonistów reprezentował ambasador niemiecki w Rzymie, Ulrich von Hassel. W planach spiskowców, gdy faszystowski rząd i Hitler zostaną już obaleni, przydzielono mu stanowisko ministra spraw zagranicznych. A tymczasem Niemcy umacniali swą wiarę w Hitlera i potęgę swego kraju. Do czerwca 1940 roku podbite zostały kolejne kraje – Dania, Norwegia, Francja, Belgia, Luksemburg i Holandia. Szczęśliwa gwiazda führera nieco przygasła po przegranej bitwie powietrznej o Wielką Brytanię. Sztab generalny był zachwycony postępami niemieckiej armii i trudno było podejrzewać, iż nagle odwróci się do Hitlera w chwili jego tryumfów. Coś się musiało jednak dziać na linii Berlin-Londyn, gdyż majowa ucieczka zastępcy Hitlera, Rudolfa Hessa do Wielkiej Brytanii nie mogła być dziełem przypadku. Być może toczyły się kolejne rozmowy, prowadzane tym razem przez innego dygnitarza hitlerowskiego. A to wszystko w przeddzień kolejnej wielkiej ofensywy, tym razem celem ataku miał być Związek Sowiecki. Po początkowych sukcesach na froncie wschodnim przyszły i porażki. Druzgocące straty przyprawiały o ból głowy niejednego wojskowego, a Hitlerowi wciąż było mało. Jego opór i wiara we własne możliwości wzrosły do tego stopnia, iż zdecydował się samodzielnie kierować wojskami, choć miał o tym niewielkie pojęcie. Wtedy wszystko zaczęło się zmieniać – z kraju słano wszelkie możliwe rezerwy, z zachodu napierali już alianci nękający niemieckie miasta nieustannymi nalotami. W ten sposób to sam Hitler ściągnął na siebie zagrożenie. Opozycja nareszcie wiedziała, o co walczy – walczyła bowiem o przetrwanie narodu niemieckiego. Spośród wszystkich grup oporu musimy wybrać jedną, tę, której dziełem był lipcowy zamach z 1944 roku. W 1943 roku opozycjoniści zgrupowani wokół Karla Goerdelera nawiązali przyjazne stosunki z inną grupą spiskowców, która w swych szeregach miała dyplomatów, urzędników, wojskowych czy arystokratów. Należy wspomnieć Fryderyka von der Schulenburga, byłego ambasador niemieckiego w Moskwie, czy Juliusza Lebera, prawicowego socjalistę, który wkrótce miał okazję skonfrontować swe poglądy z wizją świata Clausa von Stauffenberga. Opozycjoniści połączyli swe siły, szukając alternatywnego rozwiązania, które umożliwi Niemcom zakończenie wojny i rozpoczęcie procesu odbudowy kraju. Nie ulegało wątpliwości, iż Adolf Hitler, wieloletni przywódca Rzeszy, nie zgodzi się na ustępstwa, nie cofnie też walczących na froncie oddziałów, mimo iż ponosiły one coraz większe straty. Zostawało zatem jedno wyjście – likwidacja Hitlera, odsunięcie od władzy jego głównych współpracowników i powołanie nowego rządu z członkami opozycji na czele. Tylko w ten sposób możliwe byłoby podpisanie pokoju. Oczywiście, w tym celu niezbędna była zgoda państw alianckich. Spiskowcy dość naiwnie liczyli, iż alianci muszą się zgodzić na podyktowane im warunki. W dniach 14-24 stycznia 1943 odbyła się konferencja w Cassablance, na której przywódcy aliantów zachodnich postanowili prowadzić wojnę w Europie aż do bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Niemcy przeświadczeni byli, iż uda im się przekonać Brytyjczyków do zawarcia pokoju. Słusznie twierdzili, iż dla zachodniego świata to właśnie Niemcy są barierą chroniącą przed zalewem komunizmu. Spiskowcy jakby pomijali w swych planach Amerykanów, którzy przecież w pełni zaangażowali się w wojnę, a na froncie stanowili o sile alianckiej armii. Dopiero w 1944 roku większość z zaangażowanych w zamach uświadomiła sobie, że nawet po śmierci Hitlera świat nie spojrzy łaskawym okiem na poczynania Niemców. Jeden z zamachowców powiedział nawet: „Zamach ten musi być dokonany choćby tylko jako próba rehabilitacji moralnej Niemiec, nawet jeśli po nim nie miałaby nastąpić natychmiastowa zmiana na lepsze w perspektywach Niemiec na arenie międzynarodowej”. Zostawmy to jednak i wróćmy do działań opozycji na arenie wewnątrzpaństwowej. 1 października 36-letni pułkownik hr. Claus von Stauffenberg otrzymał nominację na szefa sztabu Ogólnego Urzędu Sił Wojskowych (AHA), innymi słowy – armii rezerwowej. Jego bezpośrednim przełożonym miał być gen. Friedrich Olbricht. Kaleki Stauffenberg już rok wcześniej uświadomił sobie, iż wojna jest przegrana, a jedynym wyjściem z sytuacji będzie prawdopodobnie zamordowanie führera. Był zatem niezwykle cennym nabytkiem dla Goerdelera i jego grupy. Dodatkowo młody pułkownik dysponował rozległymi kontaktami w świecie wojskowości oraz arystokracji, co czyniło z niego niezwykle ważną postać wśród działaczy ruchu oporu. Rok wcześniej Stauffenberg był na froncie wschodnim, gdzie wielokrotnie rozmawiał z najwyżej postawionymi w hierarchii wojskowej dowódcami. Wnioski wyciągnięte z dyskusji z Friedrichem von Paulusem czy Erichiem Mansteinem doprowadziły go do smutnej refleksji, iż generałowie nie są w stanie nic zrobić, a sprawy muszą wziąć w swoje ręce pułkownicy. Od Olbrichta nowy nabytek Ogólnego Urzędu Sił Zbrojnych dowiedział się o możliwości czynnego oporu przeciw Hitlerowi. Generał popierał działalność spiskową i sam w niej uczestniczył odkąd dowiedział się o planach uderzenia na Związek Sowiecki. Dodatkowo w rozmowach Olbricht-Stauffenberg uczestniczył płk sztabu Henning von Tresckow, który ówcześnie znajdował się na chwilowym urlopie, gdyż dopiero co powrócił z frontu wschodniego. Wszystko to działo się przed 1 października. Jak zatem widać, pułkownik został wciągnięty w działalność konspiracyjną zanim objął posadę w AHA. O swoich planach Claus poinformował żonę oraz brata Bertholda. Z Tresckowem znali się już wcześniej i mieli do siebie pełne zaufanie. Tresckow został zwerbowany przez Olbrichta i Goerdelera w listopadzie 1942 roku. Pułkownik szybko uświadomił sobie, że Hitler musi zostać zlikwidowany i na własną rękę szukał kolejnych sojuszników w szalonym przedsięwzięciu. W czerwcu 1943 roku rozmawiał na ten temat z pułkownikiem sztabu generalnego Helmuthem Stieffem. Działał szybko, lecz rozważnie. Razem z Clausem Stauffenbergiem stworzyli zatem wspaniały duet – wzajemnie się uzupełniali, a głęboka przyjaźń i częste rozmowy ułatwiły porozumienie w najważniejszych kwestiach. Goerdeler był niezmiernie zadowolony, iż miał ich obydwu po swojej stronie. W sierpniu 1943 roku Tresckow i Olbricht wymyślili, iż w wypadku przeprowadzenia zamachu wykorzystany zostanie specjalny plan „Walkiria” stworzony niegdyś na potrzeby Niemiec w chwili, gdy te pogrążą się w wewnętrznym chaosie. Po odpowiednich przeróbkach mógłby on zostać zastosowany i w tej sytuacji. W tym wypadku możliwe byłoby wykorzystanie jednostek frontowych do stłumienia wewnętrznych napięć. W tym samym miesiącu spiskowcy ponieśli jednak porażkę, próbując nakłonić do współpracy feldmarszałków von Kluge i Mansteina, którzy kategorycznie odmówili jakichkolwiek posunięć. W tym czasie nawiązali też kontakt z ambasadorem Schulenburgiem, jednak nie padły żadne zobowiązujące deklaracje. Spiskowcy nie tracili czasu, gotowe były nawet rozkazy, które powinny zostać wydane w chwili śmierci przywódcy Rzeszy. Do 20 lipca 1944 roku ta część planu pozostała niezmieniona. Niestety, pod koniec września Tresckow musiał powrócić na front. Zostawił jednak Stauffenbergowi pewien prezent – paczkę, w której schowana była bomba angielskiej konstrukcji. Kłopotliwy ładunek wybuchowy wkrótce trafił do Stieffa, którego Stauffenberg próbował nakłonić do przeprowadzenia zamachu. Miał on bowiem stały i w miarę regularny dostęp do Hitlera. Choć Stieff nie powiedział, iż podejmie się zamordowania Hitlera, Stauffenberg obarczył go tym zadaniem, licząc, iż ten bez wahania zgodzi się wykonać niebezpieczną operację. Stieff schował ładunek u siebie w domu, zapalnik trzymał w biurze. Następnie, 20 listopada przekazał ładunek majorowi Kuhnowi, który postąpił wysoce nierozważnie i… 28 listopada zakopał paczkę na terenie kwatery głównej. Tylko dzięki interwencji adm. Wilhelma Canarisa udało się uchronić spiskowców od przykrych konsekwencji tego czynu. Mimo iż nikt nie ucierpiał, Stauffenberg nie mógł być zadowolony. Stracił bowiem to, co powierzył mu Tresckow. W międzyczasie pułkownik z przepaską na oku pracował nad lepszym przygotowaniem planu organizacyjnego. Podzielił Rzeszę na 18 okręgów wojskowych, w których wyznaczał oficerów łącznikowych. Do pracy pozyskano pracowników dowództwa floty (kryptonim „Koralle”), kwatery głównej Hitlera („Wolfsschanze”) i kwatery OKH („Mauerwald”). Równolegle do Stauffenberga działał Goerdeler, który zajmował się działalnością spiskową wśród cywilów. Stworzył on listę „pełnomocników politycznych”, którzy działali w różnych okręgach. Jak pisze Wolfgang Venohr („Stauffenberg – symbol oporu”) pomostem między obiema grupami był gen. Beck. Pod koniec 1943 roku Stauffenberg i Goerdeler stanowili zatem swoiste przywództwo niemieckich spiskowców, choć pozycja Stauffenberga nie była tak znacząca jak Goerdelera. Między obydwoma panami doszło też do utarczki sprokurowanej przez Stauffenberga, który zmusił Goerdelera do przekazania listy pełnomocników politycznych. W ten sposób narastały spięcia, które na pewno nie wpłynęły pozytywnie na działania obu grup. Na początku 1944 roku Stauffenberg nadal nie miał nikogo na miejsce wykonawcy zamachu. Stieff zawiódł na całej linii, von Tresckowa nie było na miejscu, Axel von de Bussche, który również był przewidziany na zamachowca, nie miał otrzymał możliwości działania. W styczniu 1944 roku Stauffenberg spotkał się z Goerdelerem, który przedstawił mu swoje postulaty odnośnie terytorium Rzeszy. Spiskowcy zgadzali się, iż w granicach Niemiec winny pozostać Sudety i Austria z Tyrolem. Alzacja i Lotaryngia miałyby uzyskać szeroką autonomię. Na wschodzie postulowali granice z 1914 roku. Co ciekawe, Stauffenberg nawiązał bardzo dobre kontakty z dr Juliusem Leberem, byłym deputowanym SPD do Reichstagu. Obaj mogli skonfrontować swe poglądy, a taka znajomość winna była zaprocentować w chwili przejęcia władzy przez spiskowców. 20 stycznia spotkali się po raz pierwszy. Od tej pory ich dyskusje były niezwykle częste. Prawdopodobnie w marcu (lub wcześniej) na trop grupy wpadło SD, które nieomal aresztowało jednego z wtajemniczonych, kpt. Ludwiga Gehre. W tym samym miesiącu Claus von Stauffenberg i jego brat Berthold opracowali rozkazy wojskowe na czas zamachu stanu. Wytyczne były zatem gotowe. Ukończone było też memorandum dr Goerdelera, który w maju przedstawił pełną listę osób proponowanych na czołowe stanowiska aparatu państwowego. Namiestnikiem Rzeszy i głównodowodzącym miał zostać gen. Beck, kanclerzem Rzeszy sam Goerdeler, a na ministra spraw zagranicznych proponowano albo ambasadora von Hassella, albo ambasadora von der Schulenburga. Goerdeler naciskał teraz na Stauffenberga, aby ten jak najszybciej zorganizował zamach na Hitlera, który odwlekał się już od pół roku. Nalegania te zmobilizowały Stauffenberga i sprawiły, iż podjął decyzję, która miała zadecydować o jego smutnych losach – postanowił samodzielnie wykonać to, co bezskutecznie próbowali uczynić kolejni spiskowcy. Specjalny ładunek został pozyskany z zapasów wywiadu. Zobaczmy zatem, co działo się w ostatnich tygodniach przed lipcową akcją pułkownika z czarną przepaską na oku. Należy wspomnieć o tym, kto został częściowo wtajemniczony w plany spiskowców. Na pewno o ambitnych planach wiedzieli feldmarszałkowie Erwin Rommel i Gerd von Rundstedt, którzy dowodzili na froncie zachodnim, feldmarszałek Kluge, generałowie Guderian, Falkenhausen, Stülpnagel, Schweppenburg, Leutwitz i Heusinger. Choć nie zgodzili się wziąć bezpośredniego udziału w zamachu, nie byli jawnymi sojusznikami, sprzyjali konspiratorom. Na nieszczęście zamachowców, 17 lipca Rommel, szykowany na głównodowodzącego na froncie zachodnim i głównego przywódcę wojsk niemieckich (były też przymiarki do oddania mu funkcji premiera) został ranny w wyniku ataku alianckiego lotnictwa na samochód, którym poruszał się feldmarszałek. Rommel trafił do szpitala i w chwili zamachu znajdował się w wyjątkowo ciężkim stanie, nie mogąc w żaden sposób wspomóc spiskowców. Franciszek i Julitta Bernasiowie snują przypuszczenia, iż o akcji mógł wiedzieć Heinrich Himmler. Prawdopodobnie za pośrednictwem dr Johannesa Popitza, który współpracował z Goerdelerem. Być może to właśnie kontakty z Popitzem doprowadziły do aresztowań wśród działaczy opozycji. W lipcu uwięziony został Leber oraz powiązani z lewicą Reichwein, Saefkow i Jacobs. Wróćmy jednak do działań spiskowców. Plan przygotowany w oparciu o „Walkirię” przewidywał użycie armii rezerwowej Friedricha Fromma. Obecny w kwaterze głównej Hitlera w Wolfsschanze gen. Fellgiebel miał zniszczyć komunikację kwatery z Berlinem. Po otrzymaniu wiadomości o udanym zamachu spiskowcy obecni w gmachu Ministerstwa Wojny przy Bendlerstrasse mieli rozpocząć plan „Walkiria”. Jednocześnie z wprowadzeniem stanu wojennego winni zostać aresztowani główni działacze NSDAP, SS, SD i gestapo. Na froncie zachodnim Niemcy powinni wycofać się za Linię Zygfryda i wkrótce nawiązać rozmowy z aliantami zachodnimi, umożliwiając im przejście przez Francję do granicy niemieckiej. Główne rozkazy wydawać miał feldmarszałek Witzleben. Wszystko to jednak zostało w sferze marzeń opozycjonistów i nie zostało wykonane. Problem był prozaiczny – Adolf Hitler nie zginął 20 lipca 1944 roku… Co ciekawe, niezwykle utalentowany sztabowiec Claus von Stauffenberg swoimi przemyśleniami i pisanymi przez siebie raportami zwrócił uwagę samego Hitlera. Jego talent doceniali też najwyżsi dowódcy, z którymi miał styczność kaleki pułkownik. Dlatego też dostał zaproszenie do kwatery głównej Hitlera, co umożliwiało mu zbliżenie się do celu jego zamachu i sfinalizowanie planu przygotowywanego od kilku miesięcy. 7 czerwca Stauffenberg po raz pierwszy był na naradzie w kwaterze głównej, odwiedzając Berghof. 6 lipca Stauffenberg po raz kolejny znajduje się na naradzie u führera, wygłaszając referat. 11 lipca ponownie zawitał w Berchtesgaden. Wziął ze sobą ładunek wybuchowy, jednak z nieznanych przyczyn nie dokonał jego detonacji. Jedna z hipotez głosi, iż nie zdecydował się na spowodowanie eksplozji, gdyż w pobliżu nie znajdował się Himmler. W nocy z 12 na 13 lipca Stauffenberg spotkał się z Giseviusem, który współpracował z wywiadem amerykańskim i dopiero co wrócił do Berlina. Przybyłego do Niemiec Goerdeler widział w roli sekretarza stanu w przyszłym antyfaszystowskim rządzie. Dodatkowo Gisevius miał odpowiadać za wewnętrzne oczyszczenie Niemiec (współpracując z Gruppenführerem SS Arthurem Nebe). Stauffenberg nie zrobił na Giseviusie piorunującego wrażenia. Co więcej, wydał się mu bezczelnym i nienauczonym szacunku. Takie podejście do postawy pułkownika zdradzało wyraźną niechęć osobistą Giseviusa względem organizatora działań spiskowych. Nie zmienia to jednak faktu, iż to właśnie w rękach (w wypadku kalekiego pułkownika takie stwierdzenie może być nieco niefortunne – miał bowiem tylko trzy palce lewej ręki, prawej nie miał w ogóle) Stauffenberga znalazł się los nie tylko zamachu, ale i wszystkich spiskowców. 14 lipca pułkownik otrzymuje rozkaz stawienia się w kwaterze głównej „Wolfsschanze” w Kętrzynie. Ci, którzy znajdują się w Berlinie, nazajutrz mają przygotować plan „Walkiria”. I tym razem z zamachu nic nie wyszło. Hitler nakazał Stauffenbergowi osobiście referować omawiane zagadnienie, co uniemożliwiło pułkownikowi podłożenie ładunku i oddalenie się z miejsca zamachu. O kłopotach Stauffenberg poinformował innych spiskowców zgromadzonych przy Bendlerstrasse. 18 lipca otrzymuje jednak kolejne wezwanie do kwatery głównej. Tym razem jedzie tam z przekonaniem, iż zamach jest nieuchronny i musi nastąpić. Spotkanie w „Wolsschanze” wyznaczono na 20 lipca. 20 lipca 1944 roku. O Claus i Berthold Stauffenbergowie wyruszają na lotnisko Rangsdorf, gdzie przybywają po 45 minutach jazdy samochodem. Dopiero po pięciu kwadransach startuje samolot, obierając kierunek na Prusy Wschodnie. Obok Clausa do Ju 52 wsiadają Stieff i von Haeften; Berthold pozostał na lotnisku. Claus ma przy sobie czarną aktówkę, w której ukryty jest ładunek wybuchowy. W drugiej teczce schowane są dokumenty Stauffenberga potrzebne mu podczas narady. O samolot ląduje w okolicach Rastenburg, a Stauffenberg udaje się do „Wolfsschanze” specjalnie podstawionym samochodem. Narada w kwaterze głównej zaplanowana jest na godzinę wcześniej ma przybyć Haeften, który przywiezie śmiercionośną aktówkę. Wszystko odbywa się zgodnie z planem, a około Haeften i Stauffenberg spotykają się w jednej z sypialni, gdzie przepakowują dwa ładunki wybuchowe do aktówki Stauffenberga. Operację, utrudnioną dodatkowo przez kalectwo Clausa, zakłóca sierżant Vogel, który przynosi wiadomość o telefonie gen. Fellgiebla. Niestety, komplikuje to działania obu mężczyzn, gdyż zabrakło im czasu na uzbrojenie obydwu ładunków. Chemiczne zapalniki Stauffenberg miał wcisnąć specjalnymi obcęgami dostosowanymi do jego możliwości. Nie zdążył uruchomić obydwu z powodu wtargnięcia do pokoju Vogela. Przypuszczał jednak, iż w chwili wybuchu nastąpi reakcja łańcuchowa, a nieuzbrojony ładunek eksploduje pod wpływem zdetonowanego. Chwilę po spieszy na naradę, aby jego spóźnienie było jak najmniejsze. Mjr John, widząc, jak kaleki pułkownik dźwiga aktówkę, próbuje mu pomóc, jednak szybko rezygnuje z tego pomysłu z powodu zdecydowanej odmowy Stauffenberga. Świadkowie zdarzenia sądzili, iż pułkownik nie chce przyznawać się do własnej słabości i w ten sposób manifestuje poczucie dumy, własnej siły i honoru. O Stauffenberg zasiada wśród przybyłych na naradę. Prosi jeszcze o ustawienie w pobliżu Hitlera, tłumacząc się własnym kalectwem i chęcią bycia bliżej führera podczas wygłaszania swojego referatu. Według Wolfganga Venohra podczas narady za stołem siedzieli: Adolf Hitler], Claus von Stauffenberg, gen. por. Heusinger, płk Brandt, gen. Korten, gen. Bodenschatz, gen. por Schmundt, płk sztabu Borgmann, stenograf dr Berger, kpt. marynarki Assmann, gen. mjr Scherff, viceadmirał Voss, d-ca brygady SS Fegelein, płk von Below, stenograf Buchholz, sturmbannführer Günsche, mjr sztabu von Freyend, mjr sztabu Büchs, płk Weizenegger, deputowany von Sonnleithner, gen. Warlimont, gen. por. Buhle, gen. płk Jodl, feldmarszałek Keitel. Na sali znajduje się potężny czworokątny stół drewniany oparty na dwóch podstawkach. Obok jednej z nich Stauffenberg umieszcza aktówkę, w której zapalniki czasowe ustawiono na 10 minut. Wybuch ma nastąpić około O Claus opuszcza naradę, pozostawia jednak swoje rzeczy, stwarzając pozory rychłego powrotu. O powietrzem wstrząsa potężna eksplozja. Sala zostaje zamieniona w dymiące gruzowisko. Tym, którzy obserwowali wybuch z zewnątrz wydaje się, iż nikt nie miał szans przeżycia tak strasznej eksplozji. Spiskowcy ruszają wcześniej przygotowanym samochodem. Jeden z sierżantów odmawia wypuszczenia maszyny ze Stauffenbergiem i Haeftenem w środku. Dopiero po telefonie do rotmistrza Möllendorfa samochód zostaje przepuszczony. Spiskowcy pędzą teraz na lotnisko, gdzie czeka Heinkel 111, który ma zabrać ich do Berlina. Piętnaście minut później lecą już do stolicy Rzeszy, nie wiedząc, iż zamach się nie udał. Świadomość tego, że Hitler przeżył wybuch ma z kolei Fellgiebel, który nie decyduje się na przerwania połączeń z Wilczym Szańcem. Tym samym już na początku spiskowcy ponoszą klęskę, kwatera główna nie traci bowiem tego, co miało sprawić, iż hitlerowskie władze zostaną całkowicie zdezorganizowane. Tymczasem w miejscu, gdzie eksplodował ładunek Stauffenberga… Brandt, Korten, Schmundt i Berger zginęli w wyniku eksplozji, znajdowali się bowiem najbliżej miejsca wybuchu. Ranieni zostali Bodenschatz, Borgmann i Puttkamer. Keitel biegał jak oszalały, krzycząc i szukając Hitlera. Okazało się, iż oprócz chwilowego ogłuszenia, siniaków, poparzeń i zadrapań führerowi nic się nie stało. Szybko opanowano chaos, a Hitler udał się do lekarza, który opatrzył powierzchowne rany. Führer dopatrywał się w całym zdarzeniu cudownego ocalenia przez nadludzkie moce. Do „Wolfsschanze” ma przybyć Benito Mussolini, którego Hitler chce powitać osobiście. Przybyły z Włoch gość ma okazję zobaczyć miejsce wybuchu i usłyszeć relację niemieckiego dyktatora. Sam Mussolini z zachwytem, ale i przerażeniem wykrzykuje: „To był znak niebios!”. Ogólne poruszenie i radość z powodu cudownego ocalenia führera zapanowały w kwaterze głównej w Kętrzynie. A na Bendlerstrasse nastroje były zgoła odmienne. Sprzeczne opinie mieszały się ze sobą. Z jednej strony do spiskowców zadzwonił Stauffenberg, który ogłosił, iż zamach się udał. Z drugiej jednak Fromm, poproszony o rozpoczęcie planu „Walkiria” skontaktował się z Keitlem, który zapewnił o tym, iż Hitlerowi nic się nie stało. Rozkazy płynęły więc z dwóch stron – na Bendlerstrasse w pocie czoła pracowali spiskowcy, próbując uruchomić przygotowany wcześniej plan; w Kętrzynie miotał się Keitel, który odwoływał wszystko to, co udało się wprowadzić w życie ekipie Stauffenberga i Goerdelera. W Wiedniu, Pradze, Hamburgu ci, którzy mieli rozpocząć aresztowania funkcjonariuszy państwowych, nie mieli siły przebicia, a ich postulaty albo zlekceważono, albo wyjaśniono nieporozumieniem. Nawet we Francji, gdzie wojskowy gubernator kraju gen. Stülpnagel usiłował nakłonić do współpracy feldmarszałka Klugego, zadanie nie zostało wykonane. Kluge dowiedział się bowiem, iż zamach skończył się niepowodzeniem, co sprawiło, iż nie zaangażował się w akcję. Stülpnagel postanowił popełnić samobójstwo, strzelając sobie w głowę. Na jego nieszczęście, życie uratował mu szofer. Generał wkrótce miał stanąć przed funkcjonariuszami gestapo. W budynku przy Bendlerstrasse znajdowali się tymczasem Olbricht, Höppner, Beck i oczywiście Fromm, który po telefonie do Keitla odmówił wzięcia udziału w zamachu stanu. O Stauffenberg i von Haeftebn przybywają na Bendlerstrasse. W Kętrzynie wszyscy są już pewni tego, że to Claus dokonał zamachu. Pięć minut po przybyciu Stauffenberga Fromm zostaje aresztowany i uwięziony. O postawiono w stan pogotowia batalion „Grossdeutschland” a jego dowódca major Remer udał się do komendanta Berlina gen. por. von Hase. Gen. Stieff nie wspomógł spiskowców. Ba, zdecydował się zdradzić ich i o poinformował szefa naczelnego dowództwa Wehrmachtu o tym, co usłyszał od kwatermistrza Wagnera, który z kolei wcześniej rozmawiał przez telefon ze Stauffenbergiem i Beckiem. Witzleben przybywa do głównego kwatermistrza do Zossen, skąd udaje się do Berlina. Przy Bendlerstrasse wciąż trwa niesamowite zamieszanie. Stauffenberg wykonuje masę telefonów i wydaje kolejne rozkazy odnośnie uruchomienia operacji „Walkiria”. Tymczasem o Radio Rzeszy podaje komunikat o nieudanym zamachu na führera. Komunikat ten jeszcze kilkakrotnie powtarzano. Claus von Stauffenberg nie wierzy tym zapewnieniom i nadal prowadzi akcję. Krótko po do spiskowców dołącza Witzleben, który zdecydował się nie przejmować władzy nad Wehrmachtem. 10 minut później major Remer rozmawia z… Hitlerem, który nakazuje mu stłumienie buntu. O Witzleben wyjeżdża z powrotem do Zossen. W tym samym czasie Stauffenberg dementuje plotki o rzekomym cudownym ocaleniu Hitlera i zagrzewa swoich rozmówców do działania. Remer zamiast wspierać spiskowców staje się ich największym wrogiem, dysponując osobistym rozkazem Hitlera. O von Hase zgłasza się do Josefa Geobbelsa, gdzie zostaje aresztowany przez funkcjonariuszy SD. W Kętrzynie w pocie czoła pracuje też Martin Bormann, który rozsyła kolejne rozkazy do poszczególnych dowódców, jednostek i gauleiterów, w których zaprzecza jakoby Hitler został zabity, a władzę przejął Wehrmacht. Przy Bendlerstrasse rozgrywa się jeden z końcowych aktów dramatu. Wierni Hitlerowi oficerowie postanawiają obezwładnić spiskowców i uwolnić Fromma. Około 23 Stauffenberg i reszta jego grupy zostaje aresztowana. Claus zostaje ranny. Wraz z Beckiem, Olbrichtem, Mertzem i Haeftenem zostają uwięzieni. W innym pomieszczeniu umieszczono Fritza-Dietlofa von der Schulenburga, Petera Yorcka von Wartenburga, Berthold Stauffenberga, hr. Schwerina i Eugena Gerstenmaiera. Po Fromm wkracza na scenę. Wiedział, iż zeznania tych, którzy właśnie zostali pojmani przyczynią się do jego oskarżenia, dlatego postanowił zlikwidować potencjalne zagrożenie. Friedrich Fromm, który postanowił w jedyny możliwy sposób oczyścić się z zarzutów, zorganizował szybki sąd i skazał wszystkich oskarżonych na śmierć. Beckowi umożliwił honorowe samobójstwo, jednak ten, podobnie jak Stülpnagel, nie trafił i brocząc krwią został zaprowadzony przed pluton egzekucyjny wraz z Stauffenbergiem, Mertzem, Olbrichtem i von Haeftenem. Fromm pozwolił skazanym napisać ostatnie słowa do rodzin. Wyrok śmierci Fromm nakazał wykonać żołnierzom z batalionu „Grossdeutschland”, którzy przybyli na Bendlerstrasse. Beck zostaje dobity przez jednego z żołnierzy. Pięć minut po północy skazańcy zostali wyprowadzeni na podwórze, gdzie o wszyscy zostają rozstrzelani. Według naocznych świadków przed śmiercią Claus von Stauffenberg wykrzykuje „Niech żyją Niemcy”. Krótko po północy przemówienie do narodu niemieckiego skierował Adolf Hitler. Powiedział „Niewielka klika ambitnych, pozbawionych sumienia i zarazem zbrodniczych i głupich oficerów, uknuła spisek, żeby mnie usunąć, a wraz ze mną cały sztab niemieckiego dowództwa wojskowego. Bomba podłożona przez pułkownika hrabiego Stauffenberga wybuchła w odległości dwóch metrów z mojej prawej strony. Spowodowała ciężkie obrażenia u wielu moich drogich współpracowników, jeden z nich zmarł. Ja sam pozostałem nietknięty, nie licząc paru zadrapań skóry, potłuczeń czy poparzeń […]”. Echo wybuchu z 20 lipca 1944 słyszalne było wkrótce w całej Rzeszy. Sprawa, co oczywiste, została nagłośniona, a hitlerowcy szybko zaczęli eliminowanie kolejnych spiskowców, którzy jeszcze nie zdążyli odebrać sobie życia lub, jak to było w wypadku zakładników Fromma, nie zostali rozstrzelani. Specjalnie stworzony Trybunał Ludowy miał sądzić Witzlebena. Prezydentem trybunału był Roland Freisler. Rozprawa odbyła się 7 sierpnia 1944 roku. Wyrok mógł być tylko jeden. Trybunał Ludowy bezlitośnie karał podejrzanych o zdradę, a w tym wypadku o spisek mający na celu pozbawienie życia Hitlera. 8 sierpnia Witzleben i tzw. „inni” w liczbie siedmiu (wśród nich: Erich Hoeppner, Helmuth Stieff, Albrecht von Hagen, Paul von Hase, Robert Bernardis, Friedrich-Karl Klausing i hr. Peter York von Wartenburg) zostali straceni przez powieszenie. Nadgorliwość Fromma w wypełnianiu obowiązków okazała się dla niego zgubną. Hitler słusznie zinterpretował zachowanie dowódcy wojsk rezerwowych i nakazał jego aresztowanie. Długie śledztwo przeciągnęło się do 19 marca 1945 roku, kiedy to Fromma stracono. Kluge również nie uszedł z życiem – zdecydował się na samobójstwo, zażywając truciznę 19 sierpnia 1944 roku. Warto też wspomnieć o Rommlu, który, mimo iż podczas zamachu stanu leżał w szpitalu, również został wmieszany w spisek. Doprowadziło go to do śmierci samobójczej w dniu 14 października 1944 roku. I wreszcie zobaczmy, co stało się z głównym inicjatorem spisku – dr Carlem Goerdelerem. Od dnia zamachu ukrywał się on i do 12 sierpnia udało mu się pozostać na wolności. Za informacje odnośnie miejsca pobytu Goerdelera wyznaczono nagrodę w wysokości miliona marek. Nic więc dziwnego, że zbieg został pochwycony. To dzięki reakcji pracowniczki służby pomocniczej Luftwaffe Goerdelera pochwycono w jednej z karczm w wiosce Konradswalde. Helena Schwärzel wkrótce otrzymała obiecaną nagrodę. Po uwięzieniu przez gestapo Goerdeler wcale nie ukrywał swojej działalności spiskowej. Co więcej, szafował kolejnymi nazwiskami, ujawniając przesłuchującym go najdrobniejsze szczegóły akcji. Znacznie ułatwił zadanie gestapowcom, którzy potrzebowali takich informacji, aby ostatecznie rozprawić się z opozycją. W konsekwencji Goerdeler wydał Himmlerowi wielu swoich towarzyszy, a sam został skazany na śmierć. Wyrok wykonano 2 lutego 1945 roku. Ostatnie słowa Goerdelera zapisane na ścianie jego celi brzmiały: „Zwracam się do świata z prośbą, by przyjął nasze męczeństwo jako pokutę za lud niemiecki”. 23 stycznia 1945 roku zginął hr. Helmuth James von Moltke, jeden z członków grupy „Kreisau”. Hrabia Trott zu Solz również przypłacił życiem udział w spisku – 26 sierpnia 1944 roku wykonano na nim wyrok śmierci. Fala represji, jaka ogarnęła Niemcy po lipcowym zamachu, trwała do ostatnich dni III Rzeszy. Choć Freisler zginął podczas jednego z bombardowań Berlina, znaleźli się kontynuatorzy jego niechlubnego dzieła. Tak skończyły się sny o wolnych Niemczech. Sny Clausa von Stauffenberga i jemu podobnych. I dopiero alianci przynieśli to, co nazwać możemy wyzwoleniem. Relacja Alfonsa Schulza, byłego telefonisty w Kwaterze Wybrane fragmenty z „Drei Jahre in der Nachrichtenzentrale des Führerhauptquartiers” („Trzy lata w centrali telefonicznej głównej kwatery Hitlera”); tłum. wyd. Dzień powszedni „Dzień powszedni upływał w kwaterze głównej według jednostajnych i niezmiennych reguł. Monotonii dnia powszedniego mieszkańcy Wilczego Szańca próbowali zapobiec w różnoraki sposób. Wiele osób, w szczególności wyżsi oficerowie, wiązali dużą nadzieję z nadchodzącą wiosną. Większość z nich udawała się na spacery do położonych wokół Rastenburga malowniczych lasów lub na przejażdżki końmi, wypożyczonymi od sąsiadujących z kwaterą właścicieli ziemskich (bauerów). Niektórzy oficerowie preferowali kąpiel w jeziorach Siercze i Tuchel. Inni natomiast woleli przejażdżki łodziami, żeglowanie lub wędkowanie. Od czerwca wielu mieszkańców kwatery udawało się na jezioro Moj, gdzie spędzali miłe chwile w towarzystwie urodziwych miejscowych dam. – Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak te panie potrafiły dostać się na to jezioro. Nigdy też, podobnie jak wielu z nas, tego nie dociekałem: któż z nas pragnąłby zrezygnować z przyjemnego towarzystwa! Położony w pobliżu Rastenburg zapewniał pewne urozmaicenie w naszym monotonnym życiu. Moi koledzy zawarli tu z płcią piękną trwałe znajomości, niektórzy zaledwie sezonowe, powstałe zapewne z okazji wspólnego pieczenia ziemniaków. Mieszkanie Hitlera […] W ostatnich dniach października 1942 roku – Hitler przebywał wówczas w Winnicy na Ukrainie – nadarzyła się wyjątkowa okazja zobaczenia pokoju sypialnego naszego szefa (tak nazywaliśmy wówczas Hitlera). Było to tuż po nocnej zmianie, kiedy to przechodząc obok schronu Hitlera, zauważyłem, że przy bunkrze pełni służbę jeden z żołnierzy, którego od dłuższego czasu dosyć dobrze znałem. Po krótkiej rozmowie namówiłem go – teraz nie pamiętam w jaki sposób – aby pokazał mi szybciutko sypialnię naszego szefa. Oczywiste, że obaj ryzykowaliśmy głowami. Hitlera pokój był urządzony po spartańsku: znajdowały się w nim jedno polowe łóżko, regał z dwiema książkami, szafa, kącik z toaletą, stół i dwa krzesła. Zainteresowało mnie, jakie książki czytał mój szef. Były to dwa dzieła: oba traktujące o chorobach żołądka…. Szybko podziękowałem memu koledze i opuściłem schron. Styl życia Bormanna […] W odróżnieniu od Hitlera, Martin Bormann oraz niektórzy oficerowie prowadzili bardzo rozrzutny i luksusowy tryb życia. Dla „wtajemniczonych” było wiadomo, że Bormann zwracał szczególną uwagę na luksusowe wyposażenie swego schronu oraz to, że nie gardził wymyślnymi potrawami, napojami oraz … uroczymi paniami. […] Bormann sprowadzał szczególnie atrakcyjne panie i zatrudniał je jako swoje sekretarki, które po krótszym lub dłuższym okresie wymieniał. Nie potrafię jednoznacznie potwierdzić ówczesnych pogłosek, że były one zwalniane z powodu ciąży. Żona Bormanna rzekomo wiedziała o przygodach męża, aprobowała jednak jego postępowanie twierdząc, że jej mąż tego potrzebuje. […] Swoich podwładnych traktował Martin Bormann wyjątkowo brutalnie. Nawet wyższych urzędników potrafił tupiąc nogami pogonić do pośpiechu. Był znienawidzony przez najbliższe otoczenie, nawet przez swego brata Alberta, adiutanta Hitlera. Boże Narodzenie i Nowy Rok 1944 W tym roku (Boże Narodzenie 1943, wyd.) odbyła się w kasynie I wspólna dla wszystkich żołnierzy służby łączności uroczystość bożonarodzeniowa. Wcześniej coś takiego było nie do pomyślenia. Ponieważ moja służba zaczynała się dopiero następnego dnia po południu, poprosiłem podczas uroczystości mojego przełożonego, aby pozwolił mi udać się na odświętne nabożeństwo do kętrzyńskiego kościoła, które miało rozpocząć się o godz. Mój przełożony w stopniu majora zareagował spontanicznie: „ Mamy tu pewnego wyznawcę Chrystusa, który chce udać się na nabożeństwo, czy mamy jeszcze kilka idiotów tego rodzaju?” Pamiętam, że zameldowało się jeszcze pięciu moich kolegów. „No dobrze”, zareagował mój szef, „dzisiaj jestem wspaniałomyślny, możecie schrzaniać! Nie mniej głupota musi być ukarana, proszę więc przejąć służbę jutro rano o godzinie Rzuciłem krótko: „Tak jest panie majorze” i udałem się pieszo z moimi przyjaciółmi do Rastenburga. Krótko przed wartownią I spotkaliśmy terenowy wóz, w którym, ku naszemu zdumieniu, znajdował się generał Walter Warlimont. Samochód generała zatrzymał się bezpośrednio przed nami. Służbowo zameldowałem generałowi, że udaję się do Rastenburga na uroczyste nabożeństwo bożonarodzeniowe. „Co?”, odezwał się major, „że coś takiego jest możliwe w roku 1943 i do tego jeszcze ma to miejsce w kwaterze głównej!?” Odpowiedziałem krótko: „Tak jest Panie Generale!” Na to generał: „Wie Pan co, ja muszę niestety szybko na naradę, w innym wypadku udałbym się razem z wami. To dobrze by mi zrobiło” i zwracając się do swego kierowcy: „ Niech Pan zawiezie tych panów na nabożeństwo i przywiezie z powrotem, a ja udam się na naradę pieszo, stąd przecież niedaleko.” Z okazji zbliżających świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku 1944 złożyliśmy sobie życzenia i ruszyliśmy do miasta. […] O tym, jak z upływem lat zmieniał się nastrój w Wilczym Szańcu, dobitnie świadczy wydarzenie, jakie miało miejsce w naszym baraku w noc sylwestrową z roku 1943 na 1944. – Uroczystość odbywała się w centrali telefonicznej. Przybyli oficerowie i szeregowcy służby łączności. Nad ranem, gdy wszyscy byli w sztok pijani, jeden z uczestników imprezy zaczął śpiewać Międzynarodówkę. Wkrótce wszyscy podchwycili „Powstańcie, których dręczy głód…” – Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi i jakiś żołnierz z batalionu komendanta kwatery ryknął: „Czyście zwariowali, czy zdajecie sobie sprawę, co się z wami stanie, jeżeli ktoś to usłyszy? W tym momencie nastąpiła martwa cisza. Zdawaliśmy sprawę z tego, że gdyby się to wydało, oczekiwał nas w najlepszym wypadku batalion karny. – Nic takiego nie miało miejsca. Dzięki Bogu, rotmistrz Möllendoff, bardzo mocno ryzykując, przymknął na to oko. Jeszcze rok wcześniej coś takiego byłoby nie do pomyślenia: nie ulega wątpliwości, że w stosunku do winnych tak „karygodnego ekscesu” wyciągnięto by daleko idące konsekwencje. Tajemnicze informacje o zbrodniach […] Pewnego dnia – musiało to zdarzyć się w połowie maja 1942 r. – przyszedł do nas nasz kolega, Walter Meiendresch, po nocnej służbie zupełnie blady. Wyglądał na bardzo zmęczonego; przez kilka następnych dni był zupełnie niezdolny do pracy. – Okazało się, że minionej nocy, pełniąc służbę, Walter podsłuchał rozmowę telefoniczną, która odbywała się między Himmlerem a Bormannem. Reichsleiter Himmler informował Bormanna, że posiada optymistyczną informację dla Hitlera o Auschwitz (Oświęcimiu), z której wynikało, że tam zlikwidowano („ewakuowano”) Żydów. Bormann, jak wynikało z relacji Waltera M., wściekł się i zbeształ Himmlera za to, że ów tego rodzaju informacje przekazał mu drogą telefoniczną. Bormann wypraszał dobitnie stosowanie tego rodzaju praktyk w przyszłości, pouczając przy tym Himmlera, że powinien tego typu meldunki przekazywać wyłącznie drogą pisemną przez kurierów, oficerów SS. Podsłuchana przez Waltera M. rozmowa była powodem jego zupełnego załamania. […] Po raz pierwszy uświadomiliśmy sobie, że istniały obozy zagłady. Naszą wiedzę na ten temat ograniczyliśmy do najbliższego kręgu osób. To, że w obozach koncentracyjnych zdarzyło się tak wiele przerażających spraw, przypuszczało wielu. O pełnym wymiarze popełnionych zbrodni dowiedzieliśmy się dopiero po wojnie, dzięki temu, że nazistowskim oprawcom zabrakło czasu na zatarcie śladów zbrodni.” Relacja Karla Otto Wendela, żołnierza służby łączności Wspomnienia żołnierza służby łączności. „W październiku 1940 r. zostałem powołany do służby wojskowej w artylerii. Od początku lutego do końca marca 1941 byłem przeszkolony na specjalistę służby łączności i odkomenderowany do Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht) w Berlinie. Po dalszym przeszkoleniu zostałem 13 sierpnia 1941 r. skierowany do oddziału łączności przy głównej kwaterze Hitlera, w której pełniłem służbę do końca wojny. Zakwaterowano mnie w jednym z drewnianych baraków, który był położony w II strefie. Do skromnego wyposażenia baraku należały piętrowe drewniane łóżka, szafy, stoły, taborety oraz radio. Do pracy udawaliśmy się do strefy I. Każdy z nas posiadał specjalną przepustkę, którą często wymieniano. Nasze książeczki wojskowe posiadały adnotacje generała Schmundta. Znajdowała się tam uwaga o konieczności wymiany książeczki na wypadek opuszczenia granic Trzeciej Rzeszy. Uzasadnienie: jako pracownicy służby łączności w głównej kwaterze Hitlera znaliśmy bardzo dużo tajemnic i w wypadku dostania się do niewoli mogliśmy być narażeni na uciążliwe i trudne do zniesienia przesłuchania. Bunkier łączności był budowlą bez okien i składał się z trzech działów: Z jednej strony obiektu znajdowały się służby radiotelegraficzne, z drugiej dalekopisy, w środku zaś centrala telefoniczna. Ta ostatnia dzieliła się na trzy boksy: Każdy z nich posiadał po 150 gniazdek połączeniowo-rozłączeniowych. Środkowy boks, w którym pełniłem służbę służył do najważniejszych połączeń. Tu obowiązywała zasada hierarchii: połączenia z Führerem, rozmowy błyskawiczne naczelnego dowództwa, marszałka Rzeszy, Göringa, ministra spraw zagranicznych, Keitla oraz innych central dowodzenia. Rozmowy Hitlera były podporządkowane wszystkim pozostałym. Odbywały się one przez dwa „inwertery”- specjalne urządzenia kodujące. Jeden z nich znajdował się na wyjściu z centrali, drugi natomiast w centrali docelowej. Zadaniem pierwszego było zniekształcanie, swego rodzaju kodowanie treści rozmowy, drugiego zaś – przywracanie jej pierwotnego kształtu. Tego typu rozwiązanie uniemożliwiało skuteczne podsłuchiwanie rozmów na linii. Kody były codziennie zmieniane. Były one dostarczane do naszej centrali z Głównego Urzędu Poczty Trzeciej Rzeszy przez specjalnych kurierów i traktowane jako ściśle tajne. Przypominam, że często łączyłem kwaterę główną z feldmarszałkiem von Kluge, naczelnym dowództwem Wehrmachtu, naczelnym dowództwem wojsk lądowych, urzędem specjalnym (Sonderamt) w Berlinie oraz sztabami armii na wszystkich frontach. Hitler zdawał doskonale sprawę z tego, jak ważną rolę ma do spełnienia służba łączności. Podczas jednej z wizyt Mussoliniego – miałem wtedy służbę – przechodząc przez schron łączności Führer powiedział: „To jest najważniejszy bunkier, tu mieści się mózg całej kwatery” Niekiedy, choć było to niedozwolone i technicznie niezwykle utrudnione, miałem możliwość podsłuchiwania prywatnych rozmów Hitlera z Ewą Braun, feldmarszałka Keitla, generałów Jodla, Warlimonta, adiutantów Hitlera i inne. Do pomieszczeń wewnętrznych bunkra łączności wchodziło się przez troje oddalonych od siebie o kilka metrów metalowych drzwi. Pomieszczenia między drzwiami pełniły funkcję komór powietrznych. Mimo, że wietrzenie schronu odbywało się przy pomocy wentylatorów, w pomieszczeniach odczuwało się nieprzyjemny zaduch. Ci, którzy tu przez dłuższy czas pracowali, cierpieli na schorzenia układu krążenia. Dolegliwości te pogłębiało dodatkowo palenie papierosów i nadmierne picie czarnej kawy. Kawę, jak również wyśmienite jedzenie, dobre wina i koniaki otrzymywaliśmy od personelu kasyna i niektórych ważnych osobistości Wilczego Szańca, którzy w ten sposób odwdzięczali się nam za prywatne, w zasadzie zabronione, połączenia telefoniczne z ich znajomymi lub rodzinami.” Relacja Heinza Kettnera z sierpnia 1996 r. Wspomnienia żołnierza. „W połowie kwietnia 1944 roku, jako osiemnastoletni żołnierz po ukończeniu szkoły artylerii przeciwlotniczej otrzymałem rozkaz zameldować się w kancelarii Rzeszy w Berlinie, aby otrzymać bilet do głównej kwatery Hitlera. O ile sobie przypominam, byłem najmłodszym żołnierzem w 12 oddziale artylerii przeciwlotniczej. Zakwaterowano mnie w drewnianym baraku, bezpośrednio obok stanowiska artyleryjskiego w II strefie bezpieczeństwa. Służył on jako mieszkanie dla 20 żołnierzy i znajdował się w pobliżu schronu Hermanna Göringa i lądowiska pomocniczego dla samolotów typu „Fieseler-Storch” („Bocian”). Moja służba polegała na pełnieniu dwugodzinnej warty (trójkami) z czterogodzinną przerwą przez całą dobę przy jednym ze stanowisk artyleryjskich. Po dziesięciu dniach przysługiwał jeden dzień wolny. Wtedy udawałem do Kętrzyna, gdzie moją ulubioną rozrywką było kino. Aby przekroczyć II strefę bezpieczeństwa trzeba było okazać specjalną przepustkę. Był to szaroniebieski dokument wielkości książeczki wojskowej. Na jednej stronie znajdowały się dane personalne. Nazwisko, stopień służbowy i jednostka musiały się zgadzać z danymi w książeczce wojskowej. Na odwrotnej stronie przepustka była zaopatrzona w specjalny stempel. Pierwszego dnia każdego miesiąca przepustkę wymieniano. Hitlera widziałem tylko dwa razy z dalszej odległości, ponieważ jako zwykłemu żołnierzowi nie wolno mi było nigdy przejść z II do I strefy bezpieczeństwa. Żołnierze przybocznego batalionu Hitlera nosili na rękawach opaski z napisem FÜHRERHAUPTQUARTIER (Główna Kwatera Hitlera). Pod koniec marca 1944 roku – w celu zachowania w tajemnicy miejsc stacjonowania jednostek specjalnych (względy bezpieczeństwa) – z opasek zrezygnowano. Na początku lipca 1944 r. przeniesiono mnie na front wschodni, abym mógł tu zdobyć doświadczenie frontowe, którego nie miałem mieć z racji swego wieku. Zostałem przydzielony do grupy majora von Werthern. 20 lipca 1944 r. około godz. w pobliżu Wilna dowiedziałem się o zamachu na Hitlera. Poinformowano nas, że musimy wracać do Wilczego Szańca. Około 1600 nadszedł jednak rozkaz, że pozostajemy na froncie: Hitler przeżył, sytuacja w Wilczym Szańcu miała się rzekomo unormować. Żadnych szczegółowych informacji na temat zamachu nie otrzymaliśmy. Z powodu odniesionych na froncie ran zostałem we wrześniu 1944 roku z powrotem odesłany do Wilczego Szańca. Tu trochę się zmieniło – odpowiedzialność za wewnętrzne i zewnętrzne bezpieczeństwo w kwaterze przejął pułkownik Ernst Otto Remer. Podpułkownik Streve, wcześniejszy komendant GKH, nie miał już nic do powiedzenia. Przy wartowniach prowadzących do Wilczego Szańca stali teraz na straży obok żołnierzy z „Großdeutschland” (Wielkie Niemcy) również żołnierze SS. Ja odbywałem służbę wartowniczą w II strefie bezpieczeństwa i nigdy więcej nie widziałem Hitlera. Pod koniec listopada 1944 r., gdy front wschodni szybko zbliżał się do Wilczego Szańca i słychać było kanonadę armat, przystąpiono do opuszczenia kwatery. Z bunkrów zostały zdjęte działa, załadowane na wagony kolejowe i przetransportowane do obrony przeciwlotniczej w pobliżu Olsztyna. -Spaliśmy przy działach. Jeśli w ogóle można było myśleć o śnie, to tylko w pozycji siedzącej. Gdy mieliśmy trochę szczęścia, mogliśmy się umyć w wiadrze wody. Brakowało żywności, zazwyczaj jadaliśmy chleb oraz ziemniaki z łupinami. Batalion przyboczny Führera został powiększony do wielkości dywizji i 16 grudnia 1944 r. przerzucony na front zachodni (ofensywa ardeńska). Dowództwo należało teraz do generała brygady Otto Remera, wcześniejszego komendanta kwatery Hitlera. Już jako dywizja walczyliśmy jeszcze na wielu odcinkach frontu. 22 kwietnia 1945 r. niedaleko Berlina dostałem się do rosyjskiej niewoli – miałem wtedy 19 lat – i jako jeniec musiałem przez pięć lat pracować w rosyjskiej niewoli w Saratowie.” Relacja Wilhelma Gerke z 16 lutego 1994r. Po pięćdziesięciu latach ponownie w Wilczym Szańcu. „O moim pobycie w Wilczym Szańcu zapamiętałem dużo, choć po 50 latach wiele szczegółów umknęło mojej pamięci. Od połowy lutego 1944 roku służyłem w FBB, czyli Führer Begleit-Bataillon (przybocznym batalionie Führera). Tu chciałbym wyjaśnić, że FBB był jednostką niemieckiego Wehrmachtu, a nie SS. Najpierw odbyłem przeszkolenie na poligonie w Orzyszu, a od 1 kwietnia do końca czerwca 1944 roku przebywałem w Wilczym Szańcu. Pełniłem służbę wartowniczą na posterunku zachodnim, południowym, wschodnim a także częściowo w strefie bezpieczeństwa „0” (specjalna strefa bezpieczeństwa, w której mieszkał Hitler, autor). Całość składała się z trzech stref bezpieczeństwa. Strefy bezpieczeństwa II, I oraz 0 oddzielone były od siebie 2,5- metrowym płotem z siatki drucianej. Każda ze stref była mocno strzeżona przez patrole i posterunki wartownicze. Batalion przyboczny Führera składał się z 7 kompanii: trzech kompanii grenadierów, 1 kompanii dział lekkich, 1 kompanii pancernej, 1 kompanii przeciwpancernej oraz 1 kompanii szybkiego reagowania. Ta ostatnia wyposażona była w amfibie. Moja, siódma kompania, odpowiedzialna była za bezpieczeństwo wewnątrz kwatery, gdy Hitler przebywał w Wilczym Szańcu. W razie zagrożenia mieliśmy za zadanie natychmiast znaleźć się na terenie zerowej strefy bezpieczeństwa i w bronić schronu Hitlera. Wiosną i latem 1944 roku (Hitler przebywał od 20 marca do 14 lipca 1944 r. Obersalzbergu, Alpy, autor) nasza kompania była odpowiedzialna za ochronę obszaru kwatery objętego rozbudową. Oznaczało to służbę w ciągu 48 lub nawet 72 godzin. Wyglądało to następująco: 3 godziny warty i 3 godziny przerwy i tak na zmianę, potem 24 godziny wolne. Żołnierze, pełniący wartę, posiadali na uzbrojeniu karabin maszynowy z 6 magazynkami oraz dwa granaty ręczne. O następowała zmiana warty, następnie konserwacja broni, kolacja, wyjście. Mieszkaliśmy w 50-osobowym baraku, który znajdował się tuż przy pierwszej strefie bezpieczeństwa, w pobliżu schronu Hitlera. Rano o odbywał się apel a po nim zajęcia i ćwiczenia. Capstrzyków nie było. W czasie wolnym mogliśmy jeździć drezyną do Kętrzyna. Rano przywożono do Wilczego Szańca czteroma lub pięcioma autobusami robotników z „Organizacji Todta” (OT). Najczęściej pochodzili oni z Prus Wschodnich, więźniów i robotników przymusowych nie zatrudniano. Pełniąc wartę na posterunku zachodnim odprawialiśmy ok. 200 robotników OT; oprócz tego część osób przyjeżdżała pociągiem. Towarowy ruch kolejowy przez kwaterę – od stacji w Parczu do stacji w Czernikach – był konwojowany. Nie pamiętam, aby przez las przejeżdżały jakiekolwiek pociągi osobowe, oczywiście nie licząc specjalnych (Sonderzüge). Latem 1944 r. budowano nowy bunkier Hitlera. Materiał budowlany dowożono pociągiem. Z miejsca postoju pociągu materiał ten zabierała kolejka polowa i dowoziła go do betoniarki, znajdującej się w pobliżu schronu Führera. Nowy bunkier Führera został wybudowany od podstaw w niecałe 6 tygodni, w maju i czerwcu 1944 r. Widziałem go w stanie gotowym. Nie pamiętam jednak, jak opowiadał mi jeden z miejscowych przewodników, aby na nim były umieszczone stanowiska dział lub karabinów maszynowych. Być może zostały nadbudowane później, już po moim opuszczeniu kwatery. Wiele baraków kwatery wzmocniono ceglanymi ścianami i żelbetowymi stropami, między innymi drewniany barak narad, w którym 20 lipca 1944 dokonano historycznego zamachu na Hitlera. Z nalotami lotniczymi właściwie nie liczyliśmy się. Po pierwsze dlatego, że istniała mocna obrona przeciwlotnicza, po drugie – teren kwatery był dobrze zamaskowany i trudny do wykrycia istniejącymi wówczas środkami. Myślę, że dla angielskich i amerykańskich bombowców był on nieosiągalny. Trudno jednak wyobrazić, że angielskie i amerykańskie służby wywiadowcze nie wiedziały o istnieniu Wilczego Szańca. Przypominam sobie, że ciągle byliśmy ostrzegani o możliwości rozpoczęcia akcji przez partyzantów z lasów białostockich. Na marginesie: Za zupełnie bzdurną uważam informację, zawartą w jednym z przewodników o kwaterze głównej, o tym, że siatki maskujące były zmieniane i dopasowywane kolorem do odpowiednich pór roku. Jednoznacznie stwierdzam, że były one koloru zielonego i nigdy ich nie zmieniano.” Relacja Gebharda Schramma, syna historyka w stopniu majora, Percy Schramma, ze stycznia 1997 r. „Mój ojciec brał codziennie udział w naradach sztabowych, podczas których omawiano oraz podejmowano wstępne decyzje o działaniach na wszystkich frontach. Generałowie trzech rodzajów broni oraz jeden generał tzw. „frontu ojczyźnianego” udawali się po odbytej naradzie do Hitlera, aby tam, na naradzie głównej, w jego obecności podjąć ostateczną decyzję. Sporządzone materiały przekazywałem pod koniec każdego roku swojemu przełożonemu (był nim generał Jodl), w celu zabezpieczenia ich przed zniszczeniem w wyniku ewentualnych nalotów lotniczych. W latach sześćdziesiątych na podstawie materiałów, sporządzonych przez mojego ojca oraz jego poprzednika Geinera zostały opublikowane Dzienniki Wojenne. Z opowiadań mojego ojca wiem, że kwatera Hitlera nie stanowiła nigdy „monolitu”. W jej centralnej, niezwykle hermetycznie odizolowanej od reszty przez służbę bezpieczeństwa części, rezydował Hitler z kilkoma generałami. Mój ojciec mieszkał ponad 1,5 roku w strefie drugiej, i nigdy nie przekroczył torów kolejowych, oddzielających I strefę bezpieczeństwa od reszty kwatery. Znamienne, że pełniąc dosyć odpowiedzialną funkcję, mógł zobaczyć Hitlera zaledwie dwa razy. Pierwszy raz stało się to dzięki gen. Jodlowi, którego jako swego przełożonego poprosił przy nadarzającej się okazji zabrać go z sobą do miejsca, gdzie z odległości około 3 metrów mógł zobaczyć Führera. Innym razem, zupełnie przypadkowo, stojąc na poboczu drogi, zobaczył Hitlera przejeżdżającego główną szosą przez Wilczy Szaniec. Myślę, że 95% byłych mieszkańców kwatery nie miało możliwości widzenia Hitlera lub też widziało go niezwykle rzadko. Po zamachu okazja zobaczenia Hitlera stała się dla zwyczajnego mieszkańca Wilczego Szańca prawie niemożliwa. Od tamtej chwili stał się Hitler wyjątkowo nieufny, nawet wobec generałów i feldmarszałków, którzy, składając mu wizytę, musieli oddać swoją broń osobistą. Mój ojciec, komentując sporządzony przez niego w czasie wojny materiał, a było tego ponad 1000 stron archiwalnego maszynopisu, nazwał siebie jako notariusza permanentnych katastrof. Nie musiał się wstydzić, ba! był dumny z tego, że w jego materiałach do przyszłych „Dzienników Wojennych” nie znalazło się ani jedno słowo, gloryfikujące Hitlera, jego paladynów lub też NSDAP.” Wilczy Szaniec to jedna z 7 kwater Hitlera i największa baza dowództwa Wehrmachtu. Jedną z największych atrakcji Mazur są tajemnicze bunkry Wilczego Szańca w Gierłoży. To niezwykły zabytek wojskowy z czasów II wojny światowej, który do dziś budzi wiele emocji wśród turystów. Odkrywamy zatem wszystkie najciekawsze atrakcje Wilczego Szańca. Budowa Wilczego Szańca właśnie w Mazurskich lasach nie była przypadkowa. Ta jedna z 7 kwater Hitlera i dowództwa Wehrmachtu, była ich największą bazą. Lokalizacja kwatery w okolicy Gierłoży miała strategiczne położenie, po pierwsze wojska dowodziły swoimi oddziałami bardzo blisko granicy z ZSRR. Po drugie samo miejsce było trudno dostępne, a bunkry mogły dzięki temu zostać skrzętnie ukryte w gęstwinie lasu. Jedną z ciekawszych sal muzeum jest rekonstrukcja sali narad, w której odbył się zamach na Hitlera. Budowa Wilczego Szańca trwała 4 lata od 1940 do 1944 roku. Do kwatery można było dotrzeć bezpośrednio pociągiem, dzięki nowej linii kolejowej, a na okolicznych łąkach powstały również dodatkowo lotniska. To zaskakujące, że ten potężny projekt, był tak pilnie strzeżoną tajemnicą, o której nie wiedziała nawet miejscowa ludność. Dziś zwiedzając zakamarki Wilczego Szańca możemy stopniowo odkrywać wszystkie jego tajemnicze miejsca. Ciekawostki o Wilczym Szańcu w Gierłoży W przeciągu 4 lat na powierzchni 250 ha w Wilczym Szańcu powstało aż 80 betonowych bunkrów i około 100 drewnianych baraków. Główne bunkry nie miały okien, więc wewnątrz oświetlane były sztucznie. Dodatkowo do środka prowadziło kilka drzwi, które w razie ataku mogły służyć do ewakuacji. Również z zewnątrz bunkry miały nietypowy kształt prostokąta, który zwężał się ku górze. Na dachu bunkrów sadzone były krzewy, trawa, a nawet sztuczne drzewa, które skutecznie maskowały betonowe miasto. Ściany w schronie Hitlera osiągały grubość aż 5 metrów, a strop miał nawet 8 metrów. Co więcej wszystkie bunkry w Wilczym Szańcu były starannie maskowane. Ściany pomalowane były na zielono – brązowe plamy. Dach pokrywała gruba warstwa ziemi, żeby mogła na nich rosła trawa, krzewy, a nawet sztucznie nasadzone drzewa. Dzięki temu obcym wojskom nigdy nie udało się zlokalizować kwatery Hitlera w Wilczym Szańcu. Wilczy Szaniec – dojazd, parking, cennik Do Gierłoży docieramy drogą nr 592 z Kętrzyna w kierunku Giżycka. Tuż za Kętrzynem skręcamy w lewo za drogowskazem na Wilczy Szaniec, przejeżdżamy przez wioski Karolewo i Czerniki. Na miejscu czeka na nas płatny parking (10 zł za samochód osobowy). Jednak w sezonie jest tu bardzo tłoczno, dlatego polecamy wizytę wczesnym rankiem, albo późnym popołudniem. W przeciwnym wypadku może się okazać, że będziemy czekać w długiej kolejce do parkingu. Na zwiedzanie Wilczego Szańca warto poświęcić około 3 godzin. Wilczy Szaniec jest otwarty przez cały tydzień od marca do października w godzinach od 8:00 do wieczora. Wstęp jest również płatny, bilet dla osoby dorosłej to 20 zł, a dla dziecka 10 zł. Zdecydowanie warto skorzystać z oferty audio przewodnika, który wypożyczymy za 10 zł. Przejście całej trasy z audioprzewodnikiem trwa około 2 godzin. Zdecydowanie są to pieniądze, które warto zainwestować, żeby naprawdę poznać klimat tego miejsca. Zwiedzanie Wilczego Szańca Na zwiedzanie kwatery Hitlera w Wilczym Szańcu w Gierłoży warto poświęcić około 2 – 3 godzin. Do przejścia jest jedna trasa turystyczna. Zdecydowanie warto skorzystać z usługi przewodnika lub audio przewodnika, bo bez tego zobaczymy jedynie stos rozwalonych bunkrów. A przecież najciekawsze są tu opowieści o wcześniejszych losach bunkrów i przeznaczeniu. Wszystkie bunkry w Wilczym Szańcu są w ruinie, gdyż Niemcy wycofując się z tych terenów wysadzili budynki w powietrze. Jak wynająć przewodnika po Wilczym Szańcu? Wystarczy zgłosić się do punktu przewodników przy wejściu, tam czekamy aż uzbiera się grupa przynajmniej kilkunastu osób i z nią ruszamy na wspólne zwiedzanie. Koszt przewodnika dla całej grupy około 20 osób to 120 zł. Jednym ze sposobów na zwiedzanie bunkrów w Wilczym Szańcu jest skorzystanie z usług przewodnika lub wypożyczenie audio guide. Jeśli jednak wolicie chodzić swoimi ścieżkami to polecamy skorzystanie z audio przewodnika na słuchawki. To urządzenie samo uruchamia się gdy podchodzicie do poszczególnych bunkrów, a lektor opowiada o wszystkich ciekawostkach. Nieco bardziej nowoczesnym wydaniem jest aplikacja na telefon – Wilczy Szaniec, którą możesz pobrać za darmo na smartfona. Aplikacja ma bardzo dokładną mapę z wszystkimi ważnymi punktami Wilczego Szańca, jak parking, restaurację, hotel, pole namiotowe, czy toalety. A jeśli chcesz poznać więcej tajemniczych wojennych ciekawostek, to koniecznie odwiedź również bunkry Wehrmachtu w Mamerkach. Ukryty w gęstwinie drzew kompleks niezniszczonych bunkrów niemieckich z czasów II wojny światowej jest jednym z najlepiej zachowanych w Europie. Oprócz tego znajdziesz tu największą wieżę widokową na Mazurach, bursztynową komnatę, u-boota i muzeum tajnej broni! Mamerki – tajemnicze bunkry Wehrmachtu Nowoczesne bunkry w Wilczym Szańcu i zaskakujące życie Bunkry w Wilczym Szańcu można porównać do małego miasta, które tętniło życiem za sprawą tysięcy osób, które w nim mieszkały. Z pozoru świetnie zakamuflowane schrony miały nie tylko militarne znaczenie. Może się wydawać, że życie toczyło się tu nad wyraz spokojnie i wesoło. Oprócz potężnych ruin betonowych bunkrów w Wilczym Szańcu możemy odwiedzić kilka wystaw oraz kino. Kino, sauna, restauracje, kasyno, czy kawiarnie umilały pobyt nie tylko żołnierzom. Dodatkowo podziw bierze, jak na owe czasy było tu nowocześnie. Na ulicach paliły się elektryczne latarnie, bunkry miały bieżącą wodę i kanalizację, a w dodatku wyposażone zostały w najnowocześniejsze urządzenia techniczne. Możemy sobie zatem tylko wyobrazić, jak potężna i kosztowna była to inwestycja. Zamach na Hitlera Adolf Hitler spędził w Wilczym Szańcu około 800 dni. Oprócz niego swoje kwatery mieli tu również Goering, Borman, czy Keitel. Zaskakującym wydarzeniem był nieudany zamach na życie Hitlera, który przeprowadził w lipcu 1944 Claus von Stauffenberg. Wydarzenie to nosiło kryptonim Walkiria. Potężne, mroczne i chłodne wnętrza bunkrów robią imponujące wrażenie. Pułkownik wraz z grupą spiskowców podłożył ładunek wybuchowy w swojej teczce, którą następnie zostawił pod stołem w sali narad, w której przebywał również Hitler. Sam Stauffenberg opuścił salę pod pretekstem pilnego telefonu, a w momencie wybuchu prędko opuszczał kwaterę Wilczego Szańca, by jak najszybciej udać się samolotem do Berlina. Niestety nie przewidział jednego, że Hitler przeżyje atak, a sam pułkownik jeszcze tej samej nocy został schwytany i niezwłocznie skazany na śmierć. Zwiedzanie kompleksu bunkrów w Gierłoży jest ciekawą atrakcją Mazur zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Niezależnie czy jesteś pasjonatem historii, czy może po prostu szukasz ciekawych atrakcji do odwiedzenia na Mazurach, to zdecydowanie wizyta w Wilczym Szańcu jest dobrym pomysłem na wypad. Była kwatera Hitlera to miejsce, które budzi sporo emocji, dla dorosłych jest to duża dawka zaskakującej historii, a dla dzieci zaskakujące spotkanie z potężnymi bunkrami, w których trudno wyobrazić sobie życie. I choć dziś możemy jedynie oglądać wysadzone przez wycofujące się wojska niemieckie ruiny, to jednak podróż tutaj jest nie lada gratką dla sporych tłumów turystów. Zatem daj się i Ty wciągnąć w tą pasjonującą podróż. Plan wypadu do Wilczego Szańca w Gierłoży Dojazd: droga nr 592 z Kętrzyna w kierunku Giżycka Parking: płatny parking przy wejściu na teren Wilczego Szańca – 10 zł/ dzień Bilety Wstępu: Wilczy Szaniec – bilet normalny 20 zł/os, bilet ulgowy 15 zł/osAudio przewodnik – 10 zł/osPrzewodnik dla grupy 20 osób – 120 zł Czas zwiedzania Wilczego Szańca: 2 – 3 godz. Po zakończeniu zwiedza pierwszej strefy bezpieczeństwa, która znajduje się na południe od szosy przecinającej Wilczy Szaniec turyści mogą zobaczyć jak wyglądała druga strefa kwatery. W przeciwieństwie do centrum Wilczego Szańca, które było zamieszkane przez dygnitarzy trzeciej rzeszy, w drugiej strefie mieszkali i pracowali oficerowie sztabowi. Na jej terenie znajdowały się budynki przedstawicielstw sił zbrojnych, urzędów oraz szereg obiektów infrastruktury technicznej takich jak np. nowy schron łączności, który zapewniał łączność kwatery z każdym miejscem pod władaniem trzeciej rzeszy, czy po prostu basen przeciw pożarowy. Zwiedzenie drugiej strefy kwatery rozpoczyna się przy przejeździe kolejowym obok bramy wjazdowej. Zwiedzający tą część Wilczego Szańca kierują się do szosy łączącej Kętrzyn z Węgorzewem i następnie skręcają w lewo w kierunku Węgorzewa. Idąc drogą mijają po prawej stronie budynek biurowy przedstawicielstwa Ministerstwa Spraw Zagranicznych (29). Zaraz za tym obiektem skręcają w drugą drogę w chwilę po wejściu na oryginalną betonową drogę, która wykonana została na potrzeby kwatery, po lewej stronie zwiedzający widzą budynek przedstawicielstwa wojsk lotniczych OKL (24). Jest to typowy budynek biurowy w tej części kwatery. Do budynku prowadziły 3 wejścia od północy, wschodu i zachodu. Przez oś budynku prowadził długi przelotowy korytarz od którego na lewo i prawo znajdowały się pomieszczenia, a mniej więcej na środku znajdowało się trzecie wejście. Budynek był podpiwniczony, ale w wyniku wysadzenia podłoga zapadła się do piwnicy, przez co wejście do środka jest utrudnione. Zachowały się w nim szczątki instalacji elektrycznej oraz mocowania stalowych zasłon do zamykania okien. Idąc dalej na południowy wschód od obiektu 24, po kilkudziesięciu metrach zwiedzający dochodzą do pozostałości niewielkiego cmentarza należącego do miejscowości Parcz. Funkcjonował on do roku 1942. Nie są na nim pochowani żadni ludzie związani z kwaterą. Następnie turyści udają się do ceglanego budynku należącego do Marynarki Wojennej OKM (25). Jako, że marynarka nie brała udziału w inwazji na Związek Radziecki, nie wybudowała sobie dowództwa w okolicy jak zrobił to Wermacht w Mamerkach, jednak posiadała swoje przedstawicielstwo w kwaterze i znajdowało się ono w tym budynku. Jest to budynek z czerwonej cegły z strunobetonowym dachem. Posiada tylko jedną kondygnację i jest wyraźnie mniejszy niż pozostałe budynki sztabowe. Naprzeciwko tego budynku znajduje się budynek, a właściwie fragment budynku, który ze względu na ocalenie jednego ze skrzydeł został spożytkowany, jako sklep. Następnie turyści udają się dalej drogą betonową i na skrzyżowaniu skręcają w prawo. Po kilkunastu metrach po prawej stronie ich oczom ukazuje się jeden z symboli Wilczego Szańca. Bunkier Ogólnego Użytku nr 26. Są to w zasadzie 2 lustrzane względem siebie obiekty, przez co nazywany jest przez miejscowych „bliźniakiem”. Biorąc pod uwagę całkowitą długość obiektu oraz szerokość, jest to największy schron ciężki wybudowany w kwaterze. Pojedynczy większy był tylko bunkier Hitlera (13). Jest to typowy schron przeciwlotniczy dla żołnierzy i oficerów pracujących w tej części kwatery. Po stalowych klamrach widocznych na frontowej ścianie można było wejść na strop do stanowisk ogniowych. Na każdym obiekcie znajdowało się stanowisko działka przeciw lotniczego oraz stanowisko KM’u. Ze stanowiska działa prowadził do wnętrza szyb z klamrami jak można zobaczyć w bunkrze Goeringa (16) w pierwszej strefie. Do wnętrza prowadziły 3 wejścia z których przez przelotowy korytarz można było wejść do pomieszczeń. Po wysadzeniu obiektu w całości pozostała tylko ściana frontowa, za nią można podziwiać „pracę” saperów SS. Widać tutaj dysproporcje wielkości pomieszczeń do grubości stropu. Można wejść do obiektu, jednak wymaga to zachowania szczególnej ostrożności. Obiekt ten pokazuje w doskonały sposób potęgę tych schronów. Wszystkie większe i mniejsze fragmenty betonu, rozrzucone po okolicy pochodzą właśnie z tego bunkra. Naprzeciw schronu po leśnej stronie widać dobrze zachowane stanowiska dla pojazdów. Idąc dalej drogą betonową po minięciu rozwidlenia turyści dochodzą do obiektu nr 27- Hotelu Batalionu Hitlera. Jest to budynek betonowy dwukondygnacyjny. W górnej części znajdowały się pokoje w dolnej, w piwnicy kotłownia i magazynki. Do budynku prowadzą 2 wejścia, jedno od strony schronu ogólnego użytku a drugie po schodach od południa. Do budynku można wejść. W głównym korytarzu widać skutki działania fali uderzeniowej. Miejscami zawalił się strop pomiędzy piętrem a piwnicą (OSTROŻNIE!). Od głównego korytarza odchodzą na lewo i prawo pomieszczenia. W północnej ścianie potężna wyrwa. Mniej więcej w ¾ długości po lewej stronie znajduje się drugie wyjście. Tuż obok schodów jest wejście do dolnej kondygnacji. Tuż za nim znajduje się tajemnicze zasypane zejście do podziemi. Tajne podziemia, czy studzienka techniczna? Wybór pozostawiam Państwu. Po wyjściu z piwnic turyści udają się w prawo . Idąc leśną ścieżką docierają do obiektu nr 28. To hotel i biuro naczelnego architekta i ministra uzbrojenia rzeszy A. Speera. Wcześniej budynek należał do Dr., Tooda, ale Speer zastąpił go po jego śmierci w katastrofie lotniczej. Budynek zbudowany jest na planie litery T. Do budynku prowadzą wejścia od wschodu i zachodu. Budynek posiadał dwie kondygnacje. Górna mieściła biuro i hotel, dolna kotłownie, archiwum, magazynki i co ciekawe garaże. Idąc wzdłuż okien można rozpoznać przeznaczenie niektórych pomieszczeń. Wejść można jedynie do skrzydła od strony zachodniej. Od wschodu zapadł się strop pomiędzy piwnicą, a piętrem. Idąc dalej leśną ścieżką zwiedzający dochodzą do widzianego na początku budynku przedstawicielstwa Ministerstwa Spraw Zagranicznych (29). Jest do budynek bardzo podobny do przedstawicielstwa wojsk lotniczych. Różnica między nimi polega na braku podpiwniczenia oraz tylko 2 wejściach od wschodu i północy w budynku Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zarówno w środku jak i na zewnątrz nie został on bardzo zniszczony, przez co spokojnie można wejść do środka. Po przejściu przez krótki korytarz turystom ukazuje się długi korytarz z ciągiem wejść na lewo i prawo do poszczególnych pomieszczeń. Tutaj także można dziś określić przeznaczenie niektórych z nich. Po zakończonym w tym miejscu zwiedzaniu turyści wracają na szosę asfaltową i skręcają w lewo idąc w kierunku kasy biletowej. Dla bystrego oka, szczególnie w okresie od jesieni do wiosny warto w połowie drogi pomiędzy parkingiem a obiektem 29 dobrze przyjrzeć się temu, co znajduje się po lewej stronie. Można dostrzec tam podstawę wierzy obserwacyjnej. Jest to wkopany w ziemię betonowy bunkier dla załogi, a na jego stropie stała drewniana wieża obserwacyjna. Nie są to oczywiście wszystkie obiekty 2 strefy jak i całej kwatery. Pozostałe budynki w kwaterze są trudno dostępne oraz nie są oznaczone w żaden sposób. Chodząc po lesie należy uważać na niezabezpieczone wejścia do kanałów technicznych i studni. Przeznaczenie poszczególnych obiektów zaczerpnięte z książki Mazury Północne Stanisława Siemińskiego Autorem tekstu i zdjęć jest Piotr KomaroV Komar. Autor składa serdeczne podziękowania siostrze Emilii za pomoc w realizacji zdjęć.

wilczy szaniec w środku