wizerunek jezusa z całunu
Obraz ,,TWARZ JEZUSA Z CAŁUNU TURYŃSKIEGO’’ Nieco inna forma wykonania znanego dobrze już Wam obrazu ☺️ Technika: akryl na płótnie, pędzel/szpachla,
Dopracowany wizerunek twary z całunu po nadaniu jej cech typowych dla mieszkańców Ziemi Świętej w okresie życia Jezusa (za: History Channel). Choć na co dzień całun nie jest dostępny dla zwyczajnych wiernych, badania a właściwie dywagacje nad nim rozwijają się prężnie i stanowi on powszechny przedmiot zainteresowania.
Niektóre legendy mówią, że chusta była przechowywana przez papieży w Rzymie. Za oryginalną chustę uznaje się najczęściej tzw. Całun z Manoppello we Włoszech. Jezus ma na nim otwarte oczy i jest żywy. Badacze uznali także za fascynujące to, że chusta bardzo dobrze pasuje do wizerunku Jezusa z Całunu Turyńskiego.
W żadnym filmie nie opowiedziano kompleksowo o Obliczu Jezusa ani nie porównano Całunu Turyńskiego i Chusty z Manoppello. Zdjęcia do filmu rozpoczniemy w Łagiewnikach, gdzie znajduje się obraz Jezusa Miłosiernego oraz pobliskich Białych Morzach z Sanktuarium poświęconym wielkiemu adoratorowi Bożego Oblicza – papieżowi Janowi
Śladami Całunu * Lata 30. I w. — Całun zostaje złożony, umieszczony w ramie i przewieziony do Edessy (wschodnia Turcja), gdzie przez kilka stuleci spoczywa w niszy nad zachodnią bramą miasta. * 525 r. — w czasie rekonstrukcji murów Edessy zostaje odnalezione Płótno z podobizną Chrystusa, „nie uczynioną rękami ludzkimi”.
nonton alice in borderland season 2 episode 2 sub indo. Idzi Panic Tajemnica Całunu Turyńskiego W tym roku pielgrzymi mają okazję zobaczyć Całun Turyński. Wystawienie rozpoczęło się 10 kwietnia i potrwa do 23 maja. Kolejna możliwość zobaczenia tajemniczych relikwii będzie dopiero w roku jubileuszowym 2025. Całun turyński to kawałek płótna o wymiarach 437 cm na 113 cm i wadze 2,5 kg. Został utkany ręcznie z lnianej nici. Widnieje na nim wizerunek nagiego mężczyzny o atletycznej budowie, ma on brodę i długie włosy zaplecione w wiele luźnych warkoczy. Jego ciało znaczą liczne rany oraz pojedyncza rana kłuta między 5. i 6. żebrem. Całun przechowywany jest w katedrze św. Jana Chrzciciela w Turynie. Nie ulega wątpliwości, że jednym z przedmiotów wzbudzających dzisiaj wśród ludzi wiele kontrowersji jest Całun Turyński, płótno, na którym można dostrzec blade odbicie ludzkiego ciała z wyraźnymi śladami ran, przypominającymi te – opisane w Ewangeliach – z męki Pana Jezusa. Nie ma jednak poza Całunem innego przedmiotu (lub zjawiska), który byłby poddany tak szczegółowym badaniom, z udziałem przedstawicieli tak licznych dyscyplin naukowych. Zamieszanie wokół Całunu Całe zaś zamieszanie zaczęło się w 1898 roku, po wykonaniu pierwszych zdjęć Całunu przez prawnika z Turynu, fotografa amatora, który nazywał się Secondo Pia. Okazało się, że obraz na kliszy fotograficznej ma charakter pozytywu, a tymczasem – jak wiemy – powinien to być negatyw (tak jest zawsze!). Oznacza to, że obraz na Całunie to negatyw (tak nie powinno być!). Jako że losy tego Płótna znane były od średniowiecza, wówczas zaś sztuki fotografii nie znano, owo niezwykłe zjawisko odniesiono do osoby Pana Jezusa, dostrzeżono w nim ślad Jego zmartwychwstania, a przynajmniej Jego męki i śmierci na krzyżu. I to właśnie wywołało furię przeciwników Całunu, którzy, aby podważyć wnioski, jakie w tym momencie się nasuwały, zarzucili Secondo Pii fałszerstwo, a zarazem uznali Całun za dzieło średniowiecznego fałszerza. Warto wskazać, że osobom, które komentowały tego rodzaju opinie, umknął jeden niezmiernie ważny szczegół. Mianowicie na jednym ze zdjęć Całunu wykonanych przez Secondo Pię widzimy negatywowy wizerunek umęczonego Człowieka, a nad nim pozytywowy fragment ołtarza! Uzyskanie na jednej kliszy takiego efektu było wówczas niemożliwe. W takim razie fałszerzami byli ci, którzy kwestionowali uczciwość Pii i dostarczali takich, a nie innych opinii komentatorom. Kolejne zdjęcia Całunu wykonał w 1931 roku zawodowy fotograf, Giuseppe Enrie. Tym razem specjalna komisja czuwała, aby nie doszło do ewentualnego fałszerstwa. I oto okazało się, że Secondo Pia nie kłamał, wizerunek na Całunie ma charakter negatywu, klisza zaś pokazuje – odwrotnie – obraz pozytywowy. Całun jest więc zjawiskiem niezwykłym, bowiem w średniowieczu takiego obrazu nie można było stworzyć. Znikła zatem bariera, jaką ongiś stworzyli wrogowie Całunu, szkalując Secondo Pię i wykonane przez niego zdjęcia. Mimo to, podobnie jak w 1898 roku, przeciwnicy Całunu podnieśli wrzawę. Tym razem jednak odpadał argument, jakoby fotografowie dopuścili się fałszerstwa. Należało zatem wymyślić nowe argumenty, które wykazałyby, że obraz na Całunie jest mistyfikacją, względnie rezultatem specjalnych zabiegów podjętych w średniowieczu przez ludzi, którzy (aby dowieść zmartwychwstania) chcieli spreparować płótna grobowe Jezusa. Tylko nieliczni zwolennicy teorii, zgodnie z którą wizerunek na Całunie miał powstać w średniowieczu, jego uformowanie się kładli na karb naturalnych, często spotykanych procesów. W tych kierunkach szły odtąd argumenty przeciwników autentyczności Całunu. Pierwsze badania naukowe Już w roku następnym (1932) w Turynie odbyły się liczne spotkania osób zainteresowanych odpowiedzią na pytanie, czym naprawdę jest Całun i jaka była jego historia. Wtedy też odbyła się konferencja naukowa, podczas której przede wszystkim uznano za niemożliwe wykonanie w średniowieczu obrazu o charakterze negatywu fotograficznego. Kulminacja tych działań miała miejsce latem 1939 roku, kiedy w Turynie odbyła się pierwsza poważna konferencja naukowa poświęcona tajemniczemu Płótnu. Z tego też okresu pochodzą pierwsze, zrealizowane przy zastosowaniu wszelkich rygorów naukowych, badania grupy specjalistów, spośród których warto przywołać po pierwsze te, które realizowali lekarze sądowi, Giovanni Battista Judica-Cordiglia z Mediolanu oraz Romanese z Mediolanu. Szczegółowa analiza obrazu doprowadziła ich do wydanego niezależnie od siebie, a zarazem identycznego wniosku, że obraz z Całunu informuje o śmierci człowieka, który zginął na skutek okrutnej męki, i że obrazu tego nie mógł stworzyć w średniowieczu artysta-malarz (obaj badacze odnieśli się w ten sposób do twierdzenia, które od 1902 roku powtarzano, że wizerunek z Całunu to średniowieczne malowidło). Znakomite, jak na owe czasy, badania nad zgodnością cech anatomicznych człowieka z ich odwzorowaniem na Całunie prowadził Pierre Barbet. Ów doświadczony chirurg i zarazem pracownik naukowy stwierdził, że bez względu na to, w jaki sposób powstał wizerunek na Całunie, oddaje on wiernie wszelkie cechy anatomiczne i fizjologiczne umierającego człowieka. Rzecz taka w średniowieczu byłaby nie do wykonania, z tej prostej przyczyny, że nie znano w owym czasie nawet w przybliżeniu tak dokładnie anatomii człowieka. Równie ważne były badania nad sposobem powstania obrazu, które prowadził Paul Vignon. Uznał on za niemożliwe, by ludzie w średniowieczu, przy pomocy dostępnej sobie wiedzy, mogli stworzyć obraz na Całunie po to, aby dokumentować zmartwychwstanie Jezusa. W odpowiedzi na to ludzie uważający Całun za prowokację sięgnęli po kolejne argumenty, na przykład wskazywali, że jest to obraz namalowany przez Leonarda da Vinci. Wątpliwości te skłoniły arcybiskupów Turynu do wyrażenia zgody na kompleksowe badania Całunu i powołania kolejnych komisji, które wyjaśniłyby, czym w istocie jest to Płótno: fałszerstwem, ikoną nawiązującą do męki Pana Jezusa czy też rzeczywistym odbiciem Jego dramatu. Fałszerstwo czy ikona Pracą tych komisji zainteresował się między innymi znakomity fizyk i matematyk, John Jackson, pracownik laboratorium jednego z najbardziej znanych ośrodków badań nuklearnych na świecie, w Albuquerque w Stanach Zjednoczonych. Zwrócił się on do kilku swoich przyjaciół, pracowników prestiżowych ośrodków badawczych, zajmujących się najbardziej skomplikowanymi technologiami, z kosmicznymi i nuklearnymi włącznie. W ten sposób w 1976 roku w Stanach Zjednoczonych zawiązał się nieformalnie zespół wysokiej klasy specjalistów różnych dyscyplin, który zainicjował i przeprowadził jeden z najbardziej fascynujących programów badawczych, poświęconych wyłącznie jednemu przedmiotowi –Całunowi Turyńskiemu. Zespół ten przyjął nazwę The Shroud of Turin Research Project, czyli Projekt Badań nad Całunem z Turynu. Kilka lat później powstały kolejne zespoły, tym razem europejskie (na przykład francuski CIELT), które wsparły swoimi umiejętnościami i wiedzą amerykańskich kolegów. Zespoły te zgromadziły przedstawicieli wielu dyscyplin naukowych, takich jak: chemia, fizyka, biologia, matematyka, a nawet astronomia, medycyna, kryminologia, historia, historia sztuki, materiałoznawstwo, a ostatnio również informatyka. Specjaliści podchodzili do badań – przynajmniej na początku – bez emocji. Stawiali przed sobą po prostu zadanie wyjaśnienia kolejnego w swoim życiu problemu badawczego. Dalecy byli od udowadniania z góry przejętych założeń, a do badań wykorzystywali najnowocześniejszą w danym czasie aparaturę naukową. Rezultaty badań Wizerunek na Całunie nie posiada „kierunkowości”. Oznacza to, że nie mógł namalować go żaden artysta, gdyż nie można namalować obrazu bez użycia pędzla. Ten wniosek potwierdziły wyniki badań biochemicznych (wbrew wnioskom jednego z „zaocznych” uczestników prac), które wykazały, że ślady pigmentów malarskich na Całunie są zbyt małe, aby mogły wyjść spod ręki malarza. Z tego samego względu należy odrzucić teorię, że obraz powstał poprzez nałożenie na płótno umęczonego bestialsko człowieka (taki zarzut stawiają do dziś niektórzy przeciwnicy autentyczności Całunu), a następnie zainicjowanie procesu utrwalania odbicia: w chwili zdejmowania umęczonej ofiary w kierunku, w którym ściągano by z niego płótno, „przechylałyby się” drobinki krwi i ewentualnie pigmentów, co byłoby widoczne na obrazie mikroskopu elektronowego. Takie zjawisko na Całunie nie występuje. Obraz ma charakter powierzchniowy! Wizerunek odbił się jedynie na górnej warstwie płótna, nie wnikając w ogóle w wewnętrzne struktury. Na całej powierzchni obraz jest niewiarygodnie delikatny: ma zaledwie do kilkudziesięciu mikronów grubości!, a mimo to – co wykazały badania przeprowadzone przy użyciu aparatury do badań kosmicznych – jest obrazem trójwymiarowym! Współcześnie potrafimy wykonywać takie obrazy, ale nie uczyni tego ręka artysty ani opary, które zawsze przenikną w głąb materiału. Badacze nie pozostawiają wątpliwości, że Całun przedstawia wizerunek prawdziwego, umęczonego i ukrzyżowanego człowieka. Odnaleziona na nim krew składa się z hemoglobiny i daje pozytywny test na obecność surowicy i albumin, a więc należy do człowieka. Wyniki badań historyków na temat wieku Całunu potwierdzają badania genetyczne krwinek z Całunu, które przeprowadzili specjaliści od badań DNA. W sposób jednoznaczny datują oni wiek krwinek, a tym samym także wiek Całunu, na pierwsze stulecie naszej ery, na czasy Jezusa! Wiek krwinek jest tak stary, ich struktura z powodu pożarów tak zniszczona, że (wbrew plotkom) nie da się sklonować Osoby z Całunu. Analiza zdjęć fotometrycznych Całunu nie pozostawia wątpliwości: na turyńskim płótnie spoczywało na pewno martwe ciało. Wszystkie obrazy, jakie na nim widzimy, są zgodne z wiedzą, jaką dysponuje medycyna sądowa. Nierozwiązana tajemnica Jak zatem powstał wizerunek na Całunie? Mimo wprzęgnięcia w badania tak różnych dyscyplin naukowych, nadal tego nie wiemy. Dominuje teoria błysku – ogromnej energii, która uwolniła się w niebywale krótkiej chwili, tak że nie zniszczyła materiału. Pozostaje jednak wątpliwość: w jaki sposób człowiek, pozostawiwszy swoje odbicie, mógł wyemanować? Przecież nie mógł tego uczynić na wszystkie strony! Czy jest to ślad zmartwychwstania? Odpowiem słowami jednego z członków grupy STURP, Barriego Schwortza, bynajmniej nie chrześcijanina, który wierny swoim naukowym wynikom, stwierdził: „Wszystkie te symptomy [które widzimy] u człowieka [z Całunu] możemy zestawić z tym, co zapisano w Ewangelii na temat torturowania i ukrzyżowania Jezusa”. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że wizerunek ten może odnosić się tylko do Jezusa z Ewangelii. Idzi Panic – profesor Uniwersytetu Śląskiego. Jego zainteresowania naukowe obejmują określone wątki z historii średniowiecza Polski i Europy Środkowej. Opublikował kilkanaście tomów źródeł. Zainicjował trzy serie wydawnicze: „Wieki Stare i Nowe”, „Średniowiecze Polskie i Powszechne” (z prof. Jerzym Sperką) oraz „Pamiętnik Cieszyński”. „Głos Ojca Pio” (nr 3/63/2010) opr. aś/aś
O Całunie Turyńskim i Chuście z Manoppello, wierze i badaniach naukowych, które da się pogodzić, opowiada prof. Zbigniew Treppa. Jan Hlebowicz: Już w XIV w. bp Henryk z Poitiers ogłosił, że to jedno wielkie fałszerstwo. Pan nie ma wątpliwości, że Całun Turyński jest autentycznym acheiropoietos, czyli obrazem, który nie wyszedł spod ręki człowieka… Prof. Zbigniew Treppa: Nie tylko ja nie mam wątpliwości. Wyniki interdyscyplinarnych badań prowadzonych przez niezależnych naukowców z całego świata dowodzą autentyczności całunu oraz faktu, że okrywał on ciało martwego, realnego człowieka poddanego torturom, których przebieg jest zgodny z opisami męki Jezusa Chrystusa. To nie kwestia wiary, ale wiedzy. Biskup Poitiers takiej wiedzy nie miał. Lillian Schwarz, amerykańska artystka, ogłosiła niedawno, że Całun Turyński nie przedstawia twarzy Jezusa, ale… Leonarda da Vinci. Z kolei włoski ekspert w dziedzinie konserwacji dzieł sztuki Luciano Buso uważa, że autorem płótna jest malarz Giotto di Bondone. To fikcja z gatunku sensacyjnych powieści Dana Browna. Wizerunek na całunie ma charakter mechaniczny. Nie znajdziemy na nim śladów kierunkowości, które istnieją w przypadku obrazów. Biolodzy i chemicy wykluczyli wpływ pigmentu na uzyskanie obrazu. Naukowo udowodnione zostało także, że obraz z całunu, ze względu na swoją precyzję, nie mógł wyjść spod ludzkiej ręki. Oficjalnie potwierdzili to w 2011 r. badacze z Centrum Badań Nowych Technologii i Energii we Frascati. W raporcie napisali: „Próby stworzenia reprodukcji za pomocą lasera wykazały, że do takiego eksperymentu trzeba użyć 34 bilionów watów”. Żadne z laboratoriów nie dysponuje dziś takimi możliwościami. Z kolei badacze amerykańskiego Centrum Badań Kosmicznych NASA dowiedli, że wizerunek na całunie posiada trójwymiarowy charakter. Trzymajmy się nauk ścisłych! Całun nazywany jest Piątą Ewangelią. Co da się z niej wyczytać? Badania patologów medycyny sądowej wykazały, że na podstawie śladów krwi można bardzo dokładnie i precyzyjnie odczytać przebieg męki człowieka z całunu zbieżny z ewangelicznym opisem pasji Chrystusa. Począwszy od pierwszego uderzenia w twarz, na wylewie krwi z martwego już ciała po zdjęciu z krzyża kończąc. Jednak najbardziej znaczące ślady krwi to te, które odzwierciedlają przebicie boku włócznią. Żeby wypłynęły krew i woda − zjawisko bardzo rzadkie, ale możliwe – musiał zaistnieć cały splot różnych sytuacji, np. biczowanie kilka godzin wcześniej, by w jamie opłucnej nastąpiło opadanie czerwonych krwinek. Święty Jan nie mógł tego wymyślić, ponieważ nie miał na ten temat wiedzy. Niby wszystko się zgadza, ale jaką mamy pewność, że człowiekiem z całunu jest Jezus Chrystus? Odsyłam do obliczeń prof. Bruno Barberisa, wykładowcy fizyki matematycznej na Uniwersytecie Turyńskim, który naukowo wykazał, że na 200 mld ewentualnych ukrzyżowanych mógł istnieć tylko jeden człowiek, który posiadał takie cechy jak Jezus Chrystus. Pan, jako fotograf i analityk obrazu, także prowadził badania nad całunem. Do jakich wniosków Pan doszedł? Na płótnie zapisane są dwa obrazy. Pierwszy tworzą płyny − krew i inne wycieki. Drugi, składający się na obrazy ciała i roślin, ma charakter fotograficznego zapisu. Przez dziewiętnaście stuleci, kiedy całun przechowywany był w różnych miejscach, ten obraz nie był znany w wersji pozytywowej. Kiedy podchodzi się bliżej płótna − zanika. Dopiero pierwsza fotograficzna reprodukcja z 1898 r. pozwoliła zobaczyć pozytywowy obraz ciała na całunie. Jak to możliwe, że około 2 tys. lat temu powstała tego typu „fotografia”? To pytanie o rodzaj energii odpowiedzialnej za zaistnienie obrazów na powierzchni całunu. Analiza całego zbioru śladów na obiekcie zdaje się wskazywać, że miało to miejsce podczas „wydostawania się” ciała otulonego płótnem. To wyjątkowe zjawisko, nieznane współczesnej nauce. Mówiąc o energii i „wydostawaniu się” ciała, opisuje Pan zmartwychwstanie? Współcześni badacze stwierdzili, że ciało człowieka z całunu nie mogło mieć kontaktu z płótnem dłużej niż przez 36–40 godzin. Na obiekcie nie wykryto nawet minimalnych ilości związków chemicznych świadczących o rozkładzie ciała. Co więcej, według wszelkich dostępnych analiz skrzepy krwi pozostały nienaruszone, co oznacza, że ciało nie mogło zostać oderwane od płótna. Z kolei dr Gilbert R. Lavoie z Bostonu wskazał na brak wpływu grawitacji na usytuowanie ciała w momencie tworzenia się obrazu na powierzchni płótna. Przedstawiłem fakty. Resztę proszę sobie dopowiedzieć. Innym badanym przez Pana obrazem nie-ręką-ludzką-wykonanym jest Chusta z Manoppello. To słynny materiał, którym św. Weronika wytarła oblicze Chrystusa? A może pośmiertna chusta potowa, która leżała bezpośrednio na twarzy Jezusa? Ani jedno, ani drugie. To najprawdopodobniej soudarion – chusta znajdująca się na całunie w miejscu, w którym spowijał on twarz. Oznacza to, że nie stykała się bezpośrednio z ciałem, ale z płótnem. Taką chustę – soudarion, która „była na głowie Jezusa”, odkryli apostołowie Piotr i Jan po wejściu do pustego grobowca trzeciego dnia po złożeniu w nim ciała ich Mistrza. Leżała „nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwinięta na jednym miejscu” (J 20,7), a według innego tłumaczenia: „w jedynej pozycji”. Zdaniem niektórych badaczy, w których gronie również sam się znajduję, miałoby to wskazywać na chustę przechowywaną dzisiaj w Manoppello. Skąd wiemy, że to nie dzieło malarskie? Widoczny na niej obraz posiada cechy niewystępujące na żadnym spośród znanych dzieł sztuki. Obraz jest obustronny: posiada awers i rewers o takim samym stopniu nasycenia barwą. Po konsultacjach z historykami sztuki i konserwatorami okazało się, że nie ma innego takiego obrazu, który byłby idealnie obustronny. Unikatową cechą wizerunku z chusty jest także jego wariantowość wywoływana różnym kątem oświetlenia obiektu. W zależności od tego, jak pada światło, zmienia się twarz postaci przedstawionej na chuście − usta wydają się raz otwarte, raz zamknięte. Żaden z obrazów namalowanych przez człowieka nie jest w stanie ukazać tego, co można zaobserwować podczas oglądania chusty. Chusta z Manoppello jest prototypem wczesnośredniowiecznych wizerunków Chrystusa − taki wniosek płynie z Pańskich badań. Skąd wiemy, że nie było odwrotnie. Może to wizerunki Chrystusa, który wyszły spod pędzla malarzy, stały się inspiracją do „stworzenia” chusty? Analizując obrazy Chrystusa z czasów od III do XVI w., wykazujemy, że dany wariant chusty był źródłowy dla malarza w zależności od tego, w jakim oświetleniu ją widział. Na przykład zmiana układu ust na chuście idzie w parze z takim, a nie innym efektem oświetleniowym. To samo zjawisko obserwujemy w kolejnych dziełach malarskich. Nawet dzisiaj nie da się wykonać obrazu, który posiadałby takie cechy zmienności jak chusta. Wniosek jest jeden: wizerunek Jezusa z Manoppello niewątpliwie był wzorcem dla najstarszych malarskich przedstawień twarzy Chrystusa. Czym więc jest Chusta z Manoppello? I być może ważniejsze pytanie: jak powstała? Po dogłębnych i długotrwałych badaniach stwierdzam, że brakuje obecnie w pełni racjonalnego wytłumaczenia sposobu utworzenia się obrazu bardziej aniżeli takiego, że powstał on na drodze nadprzyrodzonej. Prawdopodobnie doszło do podobnego zjawiska jak w przypadku całunu – w momencie uwalniania się ciała na powierzchni włókien utworzył się obraz będący efektem promieniowania. Nie mam wątpliwości, że w obrazie manoppelliańskiej chusty należy dostrzec oblicze Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego, który po przeniknięciu przez płótna pozostawił je puste. Ale skąd pewność, że chusta przestawia twarz Jezusa, a nie kogoś innego, kto żył przed wiekami? Wnikliwa analiza porównawcza za pomocą fotograficznych powiększeń dowodzi, że wizerunki z chusty i z całunu łączą identyczne cechy anatomii twarzy: długość, szerokość, cechy somatyczne, kształt, właściwości są takie same. Czy badanie całunu i chusty wpłynęło na Pańską wiarę? Zająłem się całunem z czysto naukowych pobudek. Do badań skłoniły mnie błędne datowania. W mediach była mowa wówczas o XIII–XIV w., a moim zdaniem, jako analityka obrazu, niemożliwe było, żeby ktoś w średniowieczu zrobił coś takiego. Wówczas byłem daleko od Boga. Wychowany w tradycji chrześcijańskiej, na pewnym etapie swojego życia zacząłem negować sens spowiedzi, regularnego uczestnictwa w Eucharystii, a także fundamentów wiary. Spojrzenie Chrystusa z całunu wpłynęło na moje nawrócenie. W jednym momencie wszystko stało się dla mnie jasne − Jezus Chrystus jest Mesjaszem, Synem Bożym, mogę przyjmować Go w Eucharystii. Doświadczyłem realnej Osoby. Po tym doświadczeniu, po kilku latach przerwy, wyspowiadałem się. Wiara i rzetelne badania naukowe. To da się pogodzić? To mit, że obiektywny badacz to taki, który nie ma wiary. Ważne, żeby nie przenosić poglądów na metodologię. W mojej ocenie wiara w badaniu acheiropoietos sprawia, że możemy zobaczyć więcej, bo nie mamy uprzedzeń. Pewnie brzmi to kontrowersyjnie, ale ktoś, kto uważa, że rzeczywistość kończy się na tym, co zważę lub zmierzę − nie może pójść dalej. Twierdzę, że temat relikwii Grobu Pańskiego wciąż nie jest właściwie skonsumowany w mediach, ale i w Kościele − gdzie zarówno całun, jak i chusta traktowane są ze znakiem zapytania, jakby w obawie przed konfliktem na gruncie właśnie wiary i wiedzy. Ciągle ślizgamy się po powierzchni, nie sięgając głębiej − do interpretacji komunikatu, który chciał nam przekazać nadawca obrazów nie-ręką-ludzką-wykonanych. Jaki to komunikat? Ikony acheiropoietos wspólnie ze słowem biblijnym objawiają tę samą prawdę, wyrażając ją jedynie za pomocą innych środków. Zarówno Całun Turyński, jak i Chusta z Manoppello są widocznymi znakami przymierza Nowego Testamentu. Odbiorcy, czyli wszyscy ludzie na świecie, otrzymali gwarancję wypełnienia Bożych obietnic. „Zobaczcie, Ofiara się dokonała”. Prof. Zbigniew Treppa analityk obrazu, fotograf oraz teolog. Kierownik Zakładu Antropologii Obrazu Uniwersytetu Gdańskiego. Autor książek „Całun Turyński − fotografia Niewidzialnego?”, „Fotografia z Manoppello. Twarz Zmartwychwstającego Mesjasza”, „Ikona z Manoppello prototypem wizerunków Chrystusa”. Jan Hlebowicz /foto gość
Prawie pół miliona osób wybiera się do Turynu, by zobaczyć słynny całun z domniemanym wizerunkiem Jezusa. Pokazano go po raz pierwszy od 5 lat. Katolicy widzą w płótnie najcenniejszą relikwię Męki Pańskiej, odbicie twarzy i ciała Jezusa, który skonał na krzyżu. (Według ówczesnych żydowskich zwyczajów pogrzebowych ciało zmarłego owijano całunem, głowę chustą, a ręce i nogi wiązano opaskami). Niedowiarki, a nie brakuje ich wśród naukowców, uważają całun za produkt średniowieczny, który miał zaspokajać potrzeby religijne tamtej epoki. Potrzeby okazują się żywotne, bo poprzednie ekspozycje całunu przyciągały nawet milion oglądających. Dla większości z nich całun jest relikwią, czyli świętością, a nie podróbką, czyli fałszywką. Kościół nie mówi jasno, czy uznaje całun za relikwię. Ale nie musi się deklarować, bo kult całunu czy – szerzej – relikwii nie dotyczy samego rdzenia wiary katolickiej, czyli odkupicielskiej śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Kult relikwii może być więc tolerowany, a nawet pożyteczny z kościelnego punktu widzenia, bo rozbudza szersze niż zwykle zainteresowanie chrześcijaństwem i jego praktykami, na przykład pielgrzymkami do sanktuariów takich jak kaplica św. Całunu (Santa Sindone, z greckiego syndon) w katedrze turyńskiej. Wybudowano ją w XVII w., wykładając czarnym marmurem. Całun o wymiarach nieco ponad 4 m na nieco ponad 1 m przechowuje się tam w specjalnym srebrnym relikwiarzu, spoczywającym w żelaznej skrzyni i ustawionym w urnie na kaplicznym ołtarzu. Na co dzień jednak całun nie jest z relikwiarza wyjmowany, choćby dla zabezpieczenia przed zniszczeniem. Omal nie doszło do niego podczas pożaru w katedrze w 1997 r. Nieszczęściu zapobiegła brawurowa akcja strażaków. Całun był bliski zniszczenia przez ogień także w pierwszej połowie XVI w., gdy był przechowywany nie w Turynie – gdzie jest od 1578 r. – ale w kościele w Chambery we Francji, bo należał do ówczesnych władców tego regionu, książąt sabaudzkich, którzy ostatecznie przenieśli go do Turynu, a w 1983 r. ofiarowali papieżowi Janowi Pawłowi II. Całun jest niedostępny dla zwykłych śmiertelników – w katedrze mogą sobie obejrzeć fotografię – dlatego tym większym wydarzeniem staje się jego wystawienie na widok publiczny. Zdarza się to rzadko; ostatnio był eksponowany 5 lat temu, wcześniej w jubileuszowym roku dwutysiąclecia chrześcijaństwa. Ekspozycję odwiedził wtedy Jan Paweł II. Dzieląc się później wrażeniami podczas spotkania z pielgrzymami na placu św. Piotra, a oglądał całun już trzeci raz, nazwał go „świadkiem Chrystusa”. Ręka ludzka Takie określenie brzmi, jakby papież uważał całun za relikwię, choć tego słowa nie używa. Dwa lata wcześniej, 24 maja 1998 r., poświęcił mu całą homilię do wiernych w Turynie, a działo się to niedługo po wspomnianym już wielkim pożarze, który omal nie strawił tkaniny. Dziękował Bogu za „wyjątkowy dar”, jak nazwał całun, który pobudza wiernych do modlitwy i medytacji w związku z Męką Pańską. Bo nie całun jest tu celem, lecz Chrystus. Ale na tym nie koniec. W homilii papież nazwał całun także obrazem ludzkiego cierpienia, obrazem miłości Boga do człowieka i przypomnieniem ludzkiego grzechu, obrazem bezsilności śmierci, obrazem śmiertelnego milczenia i ciszy kontemplacji. Jan Paweł II włączył w tę katechezę całunu akcenty współczesne: jakże patrzeć na wyobrażenie umęczonego ciała i nie pochylić się nad losem ludzi pozbawianych praw ludzkich, ofiar tortur i terroryzmu, niewolników przestępczych organizacji? Czuje się, że płótno budziło w papieżu głębokie emocje. A przy tym zaznaczał wyraźnie, że Kościół pragnie, by nauka prowadziła niezależne i wyczerpujące badania nad tajemnicą całunu, nie przesądzając niczego z góry. W chrześcijaństwie istnieje pojęcie „rzeczy, których nie uczyniła ręka ludzka”, czyli takich, które powstały w sposób cudowny, nadprzyrodzony, jako widomy znak mocy i świętości. Znaki widome, ale nienamalowane, tylko odbite na tkaninie, trochę tak jak odbicia postaci ludzkich powstałe na murach Hiroszimy po eksplozji bomby atomowej. Chrześcijanie zaliczają do owych znaków wizerunki Jezusa na chustach, jakie przez wieki były i są czczone w wielu miejscach. Prócz całunu turyńskiego, rozgłos zdobyła chusta Weroniki i tak zwany mandylion z Edessy. Znikające wizerunki Całun turyński zawiera wizerunek mężczyzny ze śladami obrażeń na głowie i ciele, pasującymi do ewangelicznych opisów cierpień i śmierci Jezusa na krzyżu w Jerozolimie ok. 30 r. Są ślady po cierniach, biczowaniu, przebiciach nadgarstków i stóp gwoździami, ranie kłutej boku; są ślady krwi, a nawet ślady pyłków kwiatowych występujących ponoć tylko w Palestynie. Gdyby to rzeczywiście była podobizna Jezusa, miałby on nieco ponad 1,6 m wzrostu i semickie rysy. Chusta św. Weroniki to relikwia przedstawiająca wizerunek twarzy cierpiącego Chrystusa. Legenda średniowieczna opowiada, że kiedy Jezus dźwigał krzyż w drodze na Golgotę, pewna kobieta podała mu chustę, by mógł otrzeć pot z twarzy. Wtedy na chuście odbiło się święte oblicze Zbawiciela. Ów prawdziwy wizerunek, veraikon (stąd być może imię Weroniki), był natchnieniem malarzy chrześcijańskiego Zachodu. W chrześcijaństwie wschodnim wielką nabożnością otoczono mandylion z Edessy. Jest to płótno z wizerunkiem twarzy uważanej za oblicze Jezusa i ikonę wszystkich ikon. Tak jak chuście Weroniki, mandylionowi towarzyszą legendy tłumaczące jego pochodzenie. Miał go otrzymać król Agbar z Edessy (dziś miasto Urfa w Turcji). Chory władca poprosił Jezusa słynącego z cudownych uzdrowień, by i jego uleczył. Ten do króla nie przybył, ale przesłał mandylion i obiecał, że któryś z jego uczniów przyjedzie pomóc władcy, jak się i stało. Wszystkie te cudowne historie nie zastąpią sumiennych badań nad pochodzeniem i charakterem wizerunków. Pojawiają się one i znikają w mrokach dziejów, tropy krzyżują się i urywają, ikonografie chrześcijańskie nakładają się na antyczne. Po jednej wzmiance w źródłach historycznych zapada milczenie na dekady i stulecia. W średniowieczu w Europie Zachodniej kilkadziesiąt kościołów szczyciło się, że przechowuje fragmenty całunu grobowego Chrystusa i innych relikwii Męki Pańskiej – chusty grobowej czy opasek. Takie mnożenie się świętych pamiątek wynikało nie tylko z potrzeb kościelnej propagandy i łatwowierności ludu, lecz i z ekonomii: miejsca słynące z relikwii przyciągały tłumy pielgrzymów, a ci zostawiali tam pieniądze za nocleg, żywność i dewocjonalia. Kogo czcili templariusze Swoje legendy ma i całun turyński. Bohaterami jednej z nich są templariusze. Ten potężny zakon rycerski został w XIV w. rozwiązany, a jego przywódcy straceni. Inkwizytorzy zarzucili templariuszom oddawanie czci wizerunkowi jakiejś brodatej głowy. O co dokładnie mogło chodzić, już ustalić się nie da. Są badacze, którzy uważają, że w istocie templariusze posiadali jedną z relikwii Męki Pańskiej w postaci całunu – może wręcz właśnie tego nazwanego później turyńskim – lub chusty z podobizną świętej twarzy Jezusa. Jeden z tych badaczy wystąpił nawet z tezą, że na całunie znajduje się odbicie ostatniego wielkiego mistrza zakonu Jakuba de Molay, bo to jego ciało weń owinięto. Tak czy inaczej białych plam w historii cudownych wizerunków Jezusa jest tyle, że nie można wykluczyć, iż chusta Weroniki, całun turyński i mandylion z Edessy to różne nazwy tego samego artefaktu. Kogo to dziwi, powinien pamiętać, że już w samych Ewangeliach mamy różnice w opisach złożenia Jezusa do grobu i tego, co w nim zastano po zmartwychwstaniu. U św. Jana czytamy, że w pustym grobie Szymon Piotr zobaczył płótna (całun) i leżącą oddzielnie od nich zwiniętą chustę. Pozostałe trzy Ewangelie o chuście nie wspominają, tak samo jak o wonnościach, jakie przynieśli Józef z Arymatei i Nikodem, by wraz z nimi owinąć Jezusa w śmiertelne płótno. Szczegół z chustą jest ciekawy, bo przecież rabusie grobów czy inni ewentualni porywacze ciała nie traciliby chyba czasu na zwijanie chusty i robienie porządku. Takiej staranności spodziewalibyśmy się po pobożnym Żydzie Jezusie. Drobny szczegół jest więc teologicznym komunikatem: Jezus prawdziwie zmartwychwstał, o czym zaświadcza nawet ta starannie złożona chusta. Nigdzie u ewangelistów nie mamy natomiast wzmianki o cudownym odbiciu wizerunku Jezusa na całunie, a wydaje się, że jeśli, to powinno ono nastąpić jeszcze przed złożeniem ciała w grobie. Cztery pamiętne daty W historii całunu są cztery ważne daty. Pierwsza to nieszczęsny dla chrześcijaństwa rok 1204, kiedy to zachodni łacińscy rycerze czwartej wyprawy krzyżowej zdobyli, złupili i zniszczyli Konstantynopol, zwany drugim Rzymem, stolicę chrześcijaństwa wschodniego, dopuszczając się wobec współwyznawców masowych mordów i gwałtów, do jakich nie posuwali się wrogowie krzyżowców – muzułmanie. Historyk krucjat Steve Runciman nazywa tę wyprawę „największą w dziejach zbrodnią przeciwko ludzkości”. To jeden z owych zdobywców, Burgundczyk Otton de la Roche, miał przywieźć całun zrabowany ze skarbca cesarskiego w Konstantynopolu do Besançon w południowej Francji. Potem płótno wędrowało od kościoła do kościoła i zmieniało możnych właścicieli. Druga przełomowa data przypada na czasy już nam bliższe. W 1898 r. włoski fotograf amator wykonał pierwsze zdjęcia całunu. Na negatywach twarz i ciało było wyraźniejsze niż na całunie. Wśród wielu hipotez na temat powstania wizerunku są też fotograficzne. Ich zwolennicy twierdzą, że w średniowieczu znane były techniki pozwalające na wykonanie prostych zdjęć i to w ten sposób powstała podobizna na całunie; zrobiono nawet eksperyment: przy użyciu wyłącznie materiałów sprzed wieków uzyskano efekt podobny do obrazu na całunie. Jego autorstwo próbowano także przypisać mistrzowi Leonardo da Vinci. Miał w tym celu wykorzystać kamerę otworkową (camera obscura), a podobizna na całunie to twarz samego Leonarda. Trzecią kluczową datą jest 1978 r., kiedy uczeni amerykańscy rozpoczęli badanie całunu. Ogłoszone po trzech latach wyniki zdawały się potwierdzać, że wizerunek nie jest namalowany na płótnie farbami, lecz naniesiony w jakiś inny, trudny do jednoznacznego ustalenia sposób. Ale jeszcze większy rozgłos zdobyły wyniki badań, na które Watykan zezwolił w 1988 r. – to czwarta ważna data. Uczonym pozwolono zbadać wiek całunu metodą datowania z wykorzystaniem izotopu węgla. Miało się ostatecznie okazać, która strona sporu o pochodzeniu płótna ma rację: czy ci, którzy uważają, że naprawdę z grobu, gdzie złożono Jezusa i że to jego podobizna na nim widnieje. Czy też ci, którzy datują je na znacznie ponad 1000 lat po śmierci Jezusa. Ci drudzy wątpią przy okazji, czy ktokolwiek wie, jak wyglądał Chrystus przed i po ukrzyżowaniu. Wiemy tylko, jak przedstawiano go w różnych tradycjach ikonograficznych (ciekawie pisała o tym Agnieszka Krzemińska, POLITYKA 15/09). Ale tych przedstawień nie można przecież utożsamiać z rzeczywistym wyglądem Jezusa. Można natomiast rozsupływać bogactwo znaczeń symbolicznych, jakie całun i inne podobne relikwie Męki Pańskiej wnosiły do historii malarstwa i kultury. Po pobraniu w 1988 r. niewielkiej próbki z całunu badały ją niezależnie od siebie trzy laboratoria uniwersyteckie w Szwajcarii, Anglii i USA. Wynik był w każdym taki sam: całun miał powstać w XIII w. Sceptycy nie cieszyli się jednak długo z potwierdzenia bliskiej im hipotezy średniowiecznej fałszywki. Oto kolejni badacze uznali, że pobrano złą próbkę, pochodzącą z napraw i przeróbek, a nie z pierwotnej części płótna i że ten błąd zniekształcił rezultaty wcześniejszych badań. Do kontrofensywy ruszył znany włoski dziennikarz, teolog z wykształcenia, praktykujący katolik i czciciel całunu Orazio Petrosillo. Jego zespół badawczy ustalił, że płótno w znacznej części pochodzi jednak z I w. W 2002 r. niemiecko-szwajcarska historyk tkanin i konserwator pracująca nad całunem stwierdziła, że został utkany sposobem znanym z żydowskich całunów pogrzebowych z czasów Jezusa. Prof. Flury-Lemberg zaznaczyła, że nie jest katoliczką, tylko luteranką, ale uważa całun za dobro kultury chrześcijańskiej. Pod jej nadzorem całun poddano intensywnej renowacji; usunięto fragmenty nadpalone w pożarze z XVI w. i łaty doszyte wówczas przez siostry klaryski. Ta ponoć niezbędna operacja ratunkowa sprzed ośmiu lat została przez jednego z krytyków nazwana gwałtem na całunie. Chodziło mu o to, że bezpowrotnie przepadły elementy nawarstwione przez wieki, niczym słoje drzewa. Całun, czyli memento Kolejne prace różnych autorów potwierdzały tezę o błędnym datowaniu z powodu błędnie pobranej próbki. Ale prędzej czy później publikowano wyniki innych badań, powracających do tezy o średniowiecznym i ludzkim pochodzeniu całunu. Ten cykl potwierdzeń i zaprzeczeń trwa do dziś. Pod koniec 2009 r. badaczka archiwów watykańskich, katoliczka dr Barbara Frale ogłosiła, że odkryła na całunie rodzaj świadectwa zgonu wymieniającego imię Jezusa Nazareńczyka. Jej zdaniem litery hebrajskie, greckie i łacińskie, bo w tych językach był napis, pochodzą z czasów Jezusa. Wkrótce po tych rewelacjach, podczas wykopalisk w Jerozolimie archeolodzy natrafili na całun grobowy żydowskiego kapłana z epoki Jezusa. Był tkany prostym splotem, innym niż całun turyński, co może oznaczać, że ten drugi pochodzi z epoki późniejszej niż czasy Jezusa. Czy te kontrowersje mają jakieś istotne znaczenie? Zależy dla kogo. W świecie nauki syndolodzy – tak brzmi fachowa nazwa badaczy całunu – toczą swe spory jak uczeni innych specjalności, starając się oddzielić prywatne poglądy od meritum. Kult relikwii, dla jednych odpychający i barbarzyński, u innych zaspokaja jakąś istotną potrzebę duchową. Wówczas przestaje się liczyć sucha prawda materialna, że całun pochodzi z tego czy innego stulecia i ma takie czy inne naukowo mierzalne cechy. Tak jak wciąż są ludzie, którzy noszą medaliony z kosmykiem włosów zmarłej ukochanej osoby, podobnie długo jeszcze będą tacy, którzy z całunu czerpią chrześcijańską nadzieję. A także tacy, którzy choć chrześcijanami nie są, mogą w całunie widzieć memento: uniwersalny symbol cierpień wyrządzanych ludziom przez ludzi i wołający o opamiętanie.
Przez stulecia nie wiadomo było, jak naprawdę wyglądał Jezus Chrystus. Na obrazach utrwalił się wizerunek długowłosego bruneta o niebieskich oczach. Możliwe jednak, że już niedługo zobaczymy, jak rzeczywiście wyglądał Zbawiciel. Włoscy naukowcy stworzyli na podstawie Całunu Turyńskiego trójwymiarowy model ciała Jezusa Chrystusa w momencie, gdy zostało zdjęte z krzyża, owinięte w tkaninę i złożone do grobu. Zobacz, jak według badaczy mógł wyglądać Syn Boży. Tajemnica, jak wyglądał Mesjasz, powoli zostaje odkrywana. Przez lata mogliśmy podziwiać odbite na Całunie Turyńskim ciało Jezusa Chrystusa, zaś na Całunie z Manoppello, znanym jako chusta Weroniki, twarz Zbawiciela chrześcijan. Teraz możemy zobaczyć trójwymiarowy model ciała Chrystusa, który został stworzony przez włoskich badaczy działających pod kierunkiem prof. Giulio Fantiego z Uniwersytetu w Padwie. Sporządzając model bazowali oni na danych zebranych z Całunu Turyńskiego. O dokonaniu swojego zespołu profesor Fanti mówił portalowi Vatican Insider i Zaś w tygodniku "Chi" znalazł się pełny opis prac badawczych. "Nasz model jest trójwymiarową prezentacją aktualnych rozmiarów Człowieka Całunu, opracowaną na podstawie dokładnych pomiarów śladów na tkaninie w którą ciało Chrystusa zostało zawinięte po ukrzyżowaniu" – poinfornował Fanti. Naukowiec od lat zajmuje się badaniami nad historycznym artefaktem. Dodał, że stworzony model ciała Syna Bożego ma stanowić potwierdzenie prawdziwych jego cech: "Jestem przekonany, że mamy wreszcie prawdziwy obraz tego, jak Jezus wyglądał na Ziemi. Myślę, że od tej chwili trudno będzie przedstawiać go bez odniesienia się do naszej pracy. Nasze badania wskazują, że Jezus był człowiekiem niezwykłej urody, o długich kończynach, wzroście około 180 centymetrów, o 15 centymetrów wyższym od ówczesnej przeciętnej. Można uznać, że miał królewską, majestatyczną prezencję". Przeprowadzone przez Fantiego badania wykazały liczne obrażenia na ciele Chrystusa. 370 ran ma pochodzić z biczowania, a może ich być nawet 600. Wszystko dlatego, że Całun nie odbił boków ciała, bowiem przykrywał je tylko z przodu i tyłu. Ślady z Całunu Turyńskiego mają również wskazywać na to, że w chwili śmierci ciało przechyliło się na prawo w związku z poważnym zwichnięciem prawego barku. Sam naukowiec po latach badań przekonany jest, że tkanina z odbitym na niej ciałem, rzeczywiście jest tą, w którą zawinięty był Jezus Chrystus. Kościół katolicki jednak wstrzymuje się od komentarza w tej sprawie.
Jezus umarł i zmartwychwstał naprawdę. Dowód na to możesz zobaczyć w Krakowie. To jedno z zaledwie 9 takich miejsc na świecie. Całun Turyński od wieków jest zagadką dla wiary i nauki. Wraz z rozwojem nowych technologii dowiadujemy się coraz więcej o tej niezwykłej relikwii. "Wiemy ze stuprocentową pewnością, że człowiek przedstawiony na Całunie był biczowany. Widać ślady rzymskiego flagrum, które w tamtych czasach było głównym narzędziem tortury. Można się doliczyć, że otrzymał znacznie więcej niż 40 uderzeń, co było najwyższą karą w tamtym prawie, był więc niesamowicie torturowany. Tak samo widoczne są ślady cierniowego czepca, czyli nasze wyobrażenie o koronie jest niekompletne. Na Całunie obecna jest prawdziwa ludzka krew. Wyniki badań potwierdziły grupę AB, która jest bardzo rzadka i charakterystyczna dla pochodzenia żydowskiego" - powiedział w wywiadzie dla portalu DEON ks. Mariusz Kiełbasa LC, dyrektor Polskiego Centrum Syndonologicznego. Kapłan zaznacza, że w badanie całunu angażują się naukowcy wielu dziedzin botaniki, fizyki, chemii i medycyny. Całun skrywa tajemnicę istnienia Boga>> W krakowskim Sanktuarium św. Jana Pawła II powstała przed rokiem wystawa stała prezentująca dorobek naukowy w dziedzinie badań nad Całunem Turyńskim. Na świecie jest tylko 11 takich wystaw, które są certyfikowane i wspierane przez Międzynarodowe Centrum Syndonologiczne w Turynie. Oznacza to, że eksponaty, które można zobaczyć są efektem szczegółowych i udokumentowanych badań. Nie ma mowy o naciąganiu faktów. (fot. Krzysztof Tomaszewski / ExpoGraphic) Wśród eksponatów znajdują się nie tylko kopie Całunu i narzędzi zbrodni, użytych do torturowania człowieka, którego odbicie widnieje na płótnie. Szczególne miejsce na wystawie zajmuje figura wykonana z brązu, która jest perfekcyjnym odwzorowaniem co do milimetra postaci z Całunu. Obok niej znajduje się również trójwymiarowy model przedstawiający tę samą postać. Szczegóły poniesionych ran zgadzają się z ewangelicznymi opisami Męki Jezusa. Są dzisiaj chyba najmocniejszym dowodem przemawiającym za tym, że Ewangelie niosą też ze sobą prawdę historyczną. Autorem rzeźby jest Luigi E. Mattei, włoski artysta. Dzięki jego pracy możemy lepiej poznać Jezusa jako człowieka. Był dobrze zbudowanym mężczyzną, smukłym i wyróżniał się ponadprzeciętnym jak na tamte czasy wzrostem - prawie 180 cm. "To, co obecnie czyni Całun obiektem żywego zainteresowania, to fakt, że przy dostępnej nam dziś technologii nie jesteśmy w stanie odtworzyć wizerunku biczowanego człowieka z wszystkimi jego cechami. Wizerunek jest grubości zaledwie 2 nm. Nie posiada śladów kierunkowości, więc nie mógł zostać namalowany. Brak również pigmentów. Nie został wypalony ani odciśnięty" - zauważa jednak ks. Mariusz Kiełbasa LC. (fot. Krzysztof Tomaszewski / ExpoGraphic) "Wyjątkowym obiektem na naszej wystawie - a jednym z 9 takich na świecie - są trójwymiarowe obrazy soczewkowe. Intensywność zabarwienia wizerunku utrwalonego na Całunie, zmienia się w zależności od odległości jaka dzieliła ciało od płótna, pozwala to na odtworzenie jego trójwymiarowego modelu, czego prezentacją są właśnie obraz soczewkowe. Ta trójwymiarowa właściwość wizerunku na Całunie czyni go jeszcze bardziej niepowtarzalnym" - piszą organizatorzy. Tę niezwykłą rzeźbę oraz inne eksponaty można zobaczyć codziennie w godzinach od 9 do 17. Wstęp na wystawę jest bezpłatny, istnieje również możliwość rezerwacji miejsca dla grup. Wystarczy odwiedzić Sanktuarium Św. Jana Pawła II w Krakowie. Więcej informacji znajdziecie na stronie Polskiego Centrum Syndonologicznego. Tworzymy dla Ciebie Tu możesz nas wesprzeć.
wizerunek jezusa z całunu